Ledwie co wróciłam z Helu, gdzie po raz kolejny poległam w starciu z jednym z moich największych baboli, czyli świstunką żółtawą i byłam praktycznie przekonana, że będzie to jeden z moich ostatnich wyjazdów w tym roku, a raczej na pewno chyba ostatni z tych dłuższych, poza granice mojego województwa. Los, jak dobrze wiemy, bywa jednak wyjątkowo nieprzewidywalny... a ptaki jeszcze bardziej. Już w kolejnym tygodniu moje przekonania okazały się być, na szczęście 😉, błędne. Pojawił się "konkret", i to wcale nie aż tak bardzo daleko od domu... no, na pewno bliżej aniżeli Hel, a skoro na weekendzie rzadkości w tym roku nie będę mogła się pojawić, to może w zamian taki wypad. To nic, że ten, z którego właśnie wróciłam, miał być tym zastępczym.
26 września, wieczorem, na ptasich stronach i Facebooku, oraz na moim WhatsAppie gruchnęła informacja o tym, że w województwie dolnośląskim, a dokładniej w miejscowości Źródła wykryta została siewka szara. Szczęśliwym znalazcą ptaka okazał się być Tomasz Maszkało, a tenże osobnik był dopiero piątym ptakiem tego gatunku zaobserwowanym w Polsce. Gratka więc to niemała... tylko jak ja mam się tam dostać, skoro dopiero co byłam na dłuższym wyjeździe. Z tego rozmyślania wytrąciła mnie informacja o zaobserwowaniu przeklętego inornatusa u mnie, w Poznaniu, na Cytadeli. Ruszyłam tam więc następnego dnia i przez kilka godzin jedyne co osiągnęłam to usłyszenie paru pisków... Siódme nieudane podejście do tego gatunku, a przy chyba pięciu ją słyszałam. No cóż, każdy ma taki swój gatunek, który go nienawidzi, widocznie nie jest mi pisana. Szkoda.
Jak to stwierdził kiedyś mój serdeczny przyjaciel Wiktor z pola facelii, nieudany twitch należy leczyć udanym. Chociaż już w ten piątek, gdy wróciłam z Cytadeli w domu zaczęto przebąkiwać, że może pojedziemy na tę siewkę, może nawet w sobotę, ale jakoś trudno było mi w to uwierzyć. Na pewno rozmyślą się jeszcze z dwa razy. Zaczęłam w zamian podpytywać znajomych, czy może oni by się nie wybierali, ale niestety, mieli inne plany. I jakoś po 9, w sobotę, gdy właśnie miałam przewracać się na drugi boczek, odbieram telefon i słyszę, że mam się ogarniać, bo jedziemy. Tak po prostu, teraz.
* * *
Miałam całą masę wątpliwości związanych z tym wyjazdem i chyba nawet to zauważyli, bo stwierdzili, że jakoś mnie to nie cieszy... Bałam się, że będę tam sama w zupełnie nieznanym mi terenie i że pomimo tego, że otrzymałam od Tomka namiary na to miejsce, nie do końca będę wiedziała gdzie szukać ptaka. Bałam się, że go mogę nie rozpoznać, bo mimo że ten ptak na niektórych zdjęciach, na których było go widać bardziej niż ledwo, wydawał się dość charakterystyczny, to przecież ten gatunek uchodzi za bardzo trudny w identyfikacji... jak tu taką siewkę rozpoznać w stadzie siewek złotych? Bałam się, że ptak nie będzie przebywał w Źródłach na zaoranym polu, tylko w sąsiedniej miejscowości, w Juszczynie, gdzie wybierał sobie na swoje miejsce pobytu... pole rzepaku, z którego czasem wystawała mu sama głowa. Bałam się w końcu, że obserwacja nie dojdzie do skutku, bo wyjeżdżając z Poznania towarzyszyły nam niezbyt przyjaźnie wyglądające chmury... a przecież w ulewie nie będę ganiać po jakimś polu.
Sprawdzam ornitho - obserwacji nie ma. Dziwne, bo na WhatsAppie ją podano. Zaczęłam się zastanawiać, a co, jeśli ktoś się pomylił, i tego ptaka tam jednak nie ma... kolejne wątpliwości się pojawiają, mina bardziej rzednie... ale z drugiej strony jednak nikt sprostowania nie wysłał. Sprawdzam drugi raz, trzeci - dalej nie ma. Co jest grane. Dopiero przy którymś zerknięciu obserwacja się pojawiła, ale... z innego kwadratu, aniżeli wczoraj. Postanowiłam napisać do jednego z obserwujących właśnie ptaka, czyli Michała Barana, którego poznałam podczas styczniowej wyprawy do Tychów na szpaka jednobarwnego, i po niedługim czasie otrzymuję dokładną pinezkę. Nasza nawigacja pokazuje nam jakieś pół godziny, uwzględniając wcześniej planowany postój na jedzenie wychodzi godzina. Oby siewka była w dobrym humorze i zechciała na nas zaczekać. Podejmujemy radykalną decyzję i prosto z MOPa ruszamy jednak na Źródła. KFC zjemy w drodze powrotnej.
Dojeżdżamy na wskazane pinezką miejsce i od razu wszystkie moje wcześniejsze obawy znikają - pierwszy widok jaki zastaję to grupa osób z lunetami 😊. Znajdujemy szybko miejsce obok drogi, gdzie można zaparkować i udajemy się w kierunku pola. Schodzimy na nie i muszę przyznać, że chodzenie po zaoranym polu to zdecydowanie nie jest moje hobby, zwłaszcza biorąc pod uwagę mój całkowity brak kondycji, który jeszcze niestety miał o sobie tego dnia przypomnieć. Podrywa się kilka ptaków, a ja mam nadzieję, że nie ma wśród nich TEGO.
* * *
Zdyszana dochodzę do grupy obserwatorów, cicho witam się, by im nie przeszkadzać. Od razu dostrzegam kilka siewek złotych i bataliona, a po chwili widzę też jedną inną siewkę - ciemniejszą od "złotek", bardziej szarą, z wyraźniej zaznaczoną brewką. Chyba mamy to. 😄 Dokładnie w tej chwili jeden z obserwatorów instruuje mnie, że ptak znajduje się na wysokości niebieskiego znaku nakazu, czyli właśnie tam, gdzie zerknęłam. Mimo to dzięki, taka pomoc zawsze jest miła. Upewniam się jeszcze tylko, że to ta szara z brewką, po czym mogę rozpocząć próby uzyskania w miarę dobrego zdjęcia. Wiadomo, podchodzić i płoszyć ptaka nie będę, bo nie jestem z tych, co za wszelką cenę chcą mieć zdjęcie życia, więc trzeba pobawić się zoomem i zobaczyć, do którego momentu P900 ostrzy ładnie, a od którego już wychodzi pikseloza.
W międzyczasie ucinam sobie pogawędkę z Michałem, a ptak zdaje się mieć całą grupę obserwatorów w kuprze. Wprawdzie nie śpi, jak kilka złotek obok, ale wydaje się być naprawdę spokojna. Zdarzało jej się to przymknąć oczko, to spojrzeć na te duże, dziwne, dwunożne istoty. Był jednak mały problem, bo coś niekoniecznie chciało ostrzyć, i jak się okazało, nie tylko mi. Dziób siewki cały czas wychodził nieostry i zaczęłam się zastanawiać, dlaczego. Dopiero w domu dostrzegłam, że idealnie przesłaniała ją niewielka trawka. Taka mała, a tyle problemu potrafi narobić.
Po uzyskaniu kilku przyzwoitych fotek, których nie będzie wstyd pokazać innym, stadko uaktywnia się. Siewki zaczynają podreptywać, a po chwili cała grupa się podrywa i odlatuje w głąb pola, w stronę Juszczyna. Obserwacja się zakończyła, części osób udaje się chwycić siewkę szarą w locie, ja jestem na to za głupia i pozostaje mi jedynie pogratulować im świetnych ujęć. Tutaj się rozstajemy, większość ekipy ma w planach jechać stamtąd jeszcze na czajkę towarzyską, która od jakiegoś czasu również przebywała w województwie dolnośląskim. My zwijamy się do domu, wprawdzie wyżej wspomnianą czajkę widziałam tylko raz i to z daleka, i w beznadziejnej pogodzie, ale na dzisiaj atrakcji już wystarczy. Kiedyś jeszcze może się trafi, mam nadzieję, że wiosną, taka ładnie wypierzona.
A oto i ona, ta, dla której pojechałam na Dolny Śląsk, siewka szara (Pluvialis dominica). To już wiecie, skąd ten tytuł posta.
Rzeczona Dominika wyróżniała się na tle swoich złotych krewniaczek swoim bardziej poszarzałym kolorytem upierzenia, oraz mocniej zaznaczoną brewką. Mimo tego znalezienie takiej siewki w polu z pewnością NIE JEST łatwe.
* * *
Wracając do auta mój brak kondycji, uśpiony na chwilę emocjami płynącymi z obserwacji wyjątkowej siewki, ujawnia się po raz kolejny... i po prostu robi mi się przez chwilę słabo, muszę odpocząć... Wszystkich, którzy widzieli tej wątpliwej jakości spektakl z dodatkiem dzikich odgłosów godowych, przepraszam. Muszę zadbać o moją kondycję, choćby w formie częstszych spacerów pod domem.
Dziękuję wszystkim za fajną, satysfakcjonującą obserwację w miłym towarzystwie. Żałuję tylko, że była tak krótka, bo nie zdążyłam do większości z Was podejść i zagadać... toteż nawet do końca nie wiem, kto tam wtedy był i razem ze mną obserwował tę siewkę. 😞 Ale pewnie jeszcze gdzieś się kiedyś spotkamy i to się uda nadrobić.
* * *