Mówi się, że piątek trzynastego przynosi pecha. Wiele osób boi się tej daty, przeczuwa nadchodzące nieszczęścia. Ja nie wierzę w te przesądy, bo jeśli chodzi o moją "karierę" ptasiarza - piątek trzynastego, stycznia dokładniej, jest jedną z dat, którą pamiętam do dnia dzisiejszego. Minęło już osiem lat od tego wydarzenia, a wciąż wspominam je z uśmiechem na twarzy. Pamiętam dokładnie co widziałam, pamiętam wszystkie emocje, jakie mi towarzyszyły podczas tych kilku wyjątkowych chwil. Trzynastego stycznia 2017 roku po raz pierwszy na własne oczy zobaczyłam bowiem nasz mały polski klejnot - zimorodka. To było jedno z tych, wydawało się wówczas, nieosiągalnych marzeń. W końcu nie jeździłam nigdzie daleko za ptakami, nie jeździłam gdzieś w konkretne miejsca specjalnie za nimi. Nie wiedziałam, co to tłicz, nie śmiałam myśleć o żadnym oglądaniu gatunków komisyjnych. Dopiero raczkowałam, jeśli chodzi o moją pasję, chociaż pierwsze zapiski o kolejnych przyrostach w "życiówce" mam z 2008 roku. Wszystko co było wcześniej to czarna dziura, do której wpadła zawartość zepsutego komputera. Pamiętam tylko co obserwowałam, pamiętam (w większości) gdzie obserwowałam, nie pamiętam jednak dokładnie kiedy. Dlatego tak zacne wydarzenia jak pierwsze obserwacje sosnówki czy dzięcioła zielonego figurują na mojej liście życiowej bez dat.
Wróćmy jednak do zimorodka. Od zawsze chciałam go zobaczyć... a mój tata chyba nawet jeszcze bardziej, aniżeli ja. Często o tym wspominał, że by chciał. Wprawdzie udało mu się już wówczas zobaczyć tak "egzotyczne" gatunki jak wilga czy dudek, ale zawsze to zimorodek był takim jego ulubieńcem, który mu się marzył. Trzynastego stycznia 2017 roku nic nie zapowiadało tego, że to marzenie mogłoby się urzeczywistnić. Pojechałam na uczelnię, jak zawsze, a że miałam tego dnia długie okienko - do plecaka oprócz zeszytu do notowania i kilku podręczników, oraz jakiegoś śniadania i picia, zabrałam też aparat fotograficzny. Gdy nadeszły wolne godziny - ruszyłam w stronę przystanku, wsiadłam w tramwaj i pojechałam nim na Sołacz. Pogoda przyjemna, chociaż dosyć zimno. Wokół trochę śniegu. Dreptam ostrożnie w stronę pierwszych stawów, aż nagle coś przemyka mi przed oczami. Niczym strzała. Niewątpliwie jakiś ptak... ale jaki? Tego już nie wiedziałam. Pierwszą rzeczą, którą dostrzegłam nie był wcale błękitny grzbiet. Nie wiedziałam od razu, że to zimorodek.
Pierwszą rzeczą, którą dostrzegłam był rudy brzuch ptaka, co naprowadziło mnie na to, że może to był rudzik. Jakże cudownie było się pomylić! Zrobiłam kilka kolejnych kroków w stronę, gdzie poleciało tajemnicze stworzenie i... nogi się pode mną ugięły. Przede mną na gałęzi, nad naszą sołacką "smródką" siedział najprawdziwszy zimorodek. Zaczęłam śmiać się do samej siebie, łzy zaczęły lecieć mi z oczu... byłam w takiej euforii, że nie wiedziałam, czy krzyczeć, tańczyć, czy robić zdjęcia. Pierwsze dwie serie były nieostre, tak bardzo z podniecenia drżały mi ręce. Bałam się jakkolwiek ruszyć, żeby nie spłoszyć ptaka. Gdy ustabilizowałam nieco oddech i swoje emocje, udało mi się popełnić kolejne zdjęcia.
Z ogromnym bananem na twarzy (jakżeby mogło być inaczej po takim spotkaniu!) wróciłam na uczelnię, chwaląc się kilku bliższym znajomym tym, co udało się uchwycić. Na wykładach zbytnio skupić się już nie mogłam, bo cały czas we mnie siedziało tych kilka chwil z Sołacza... 🙂 W tramwaju, wracając do domu układałam sobie w głowie, co powiem tacie. W końcu stwierdziłam, że postawię go przed faktem dokonanym... 🤣
Gdy tylko przeszłam przez drzwi naszego mieszkania od razu "zaatakowałam" go stwierdzeniem:
- Tata, jedziemy jutro na Sołacz.
- Chyba zgłupiałaś. - odpowiedział. Niezrażona tą odpowiedzią dalej próbowałam postawić na swoim:
- Tata, ja mam taki jeden argument, który Cię przekona.
... nastała chwila ciszy. Ja z szerokim bananem na twarzy. Tata myśli, myśli i ... do teraz nie wiem, jakim cudem on na to wpadł. Ale jednak wymyślił.
- No zimorodka to tam raczej nie ma... - mruknął, niby pod nosem, ale miał tego pecha (albo raczej szczęście), że to usłyszałam.
- ... no właśnie dzisiaj był. - bąknęłam nieśmiało.
... kolejna chwila ciszy.
- Ale jak chcesz jechać, to z samego rana.
No i pojechaliśmy. I był. I potem widywałam go regularnie. Ten piątek trzynastego zmienił moje życie.
* * *
... historia miała się powtórzyć i piątek trzynastego znów miał odmienić życie, nie tylko moje, ale setek osób. Setek polskich ptasiarzy, zarówno tych, którzy dopiero raczkowali w swoim hobby, jak i tych, którzy 300 gatunków widzą w ciągu jednego roku, a nie w całym swoim życiu. Oto bowiem trzynastego czerwca 2025 roku, w piątkowe popołudnie polski światek ornitologiczny zelektryzowała informacja o zaobserwowaniu sępa płowego na terenie Miejskiego Zakładu Gospodarki Odpadami Komunalnymi w Koninie. W skrócie, na głównym wysypisku śmieci w tym mieście. Tak, w Wielkopolsce. Co więcej, o obserwacji powiadomili sami pracownicy zakładu, na czele z panem kierownikiem, Henrykiem Drzewieckim. Chyba nie spodziewali się tego, co nastąpi po wypuszczeniu w świat takiej informacji, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że ptak miał przebywać na miejscu już od dwóch dni. Znaczy że stacjonarny. Znaczy, że tłiczowalny. Kto mógł, ruszyć jeszcze i w piątek. Jeszcze tego samego dnia podpytałam o szczegóły dojazdu mojego szanownego kolegę z pola facelii Wiktora, który był tam chyba pierwszą osobą na miejscu. To czego się dowiedziałam z jednej strony było zachęcające, z drugiej... no niekoniecznie.
Wiktor miał dogadać się z bardzo miłym portierem na wejście. Czy wpuści kolejnych - oto była zagadka. W dodatku w niedzielę zakład według tego, co udało się znaleźć w Internecie - miał być zamknięty, a i sam Wiktor też mi napisał, że możliwe, że nikogo tam wtedy nie będzie. ... a przecież jak miałam jechać, no to w niedzielę, jak zawsze. ... ale pamiętacie, jak pisałam, że są takie gatunki, gdzie człowiek się nie zastanawia "czy?" i "kiedy?", tylko sprawdza od razu jaką drogą tam najlepiej dojechać? Sęp płowy (jakikolwiek sęp, zresztą) z pewnością do takich gatunków się zalicza. Rodziców w domu nawet specjalnie namawiać nie musiałam. Ruszyliśmy w sobotę z rana, wiedząc, że ptak jest na miejscu, bo grupka zapaleńców była tam już i o 4... dla nas to jeszcze noc. 😅 Podróż zleciała szybko i sprawnie, mapa drogi 92 na ornitho została zrobiona. Widzę już w oddali zakład i widzę coś dziwnego na jednym ze słupów zaraz za bramą wjazdową. Coś dużego. W pierwszej chwili nie skojarzyłam, że to TO. Dopiero po chwili doznałam tego przebłysku w głowie. Stanęliśmy przy portierni. Zagaduję do bardzo miłego portiera, który widząc aparat na mojej szyi od razu zapytał:
- Aaa, pani na ptaszki?
- Taak, na sępa. - odpowiedziałam dość niepewnie.
- Proszę poczekać chwilkę, zadzwonię do kierownika i zapytam, czy mogą państwo wejść.
Trwało to naprawdę krótką chwilę, ale w międzyczasie zdążyłam sobie zzoomować na to dziwne, duże coś na słupie. Tak. To jest TO. To jest sęp. ... rany boskie, czy ja naprawdę widzę dzikiego sępa na wolności w Polsce?... Przecież to jakaś abstrakcja.
Nie. To rzeczywistość.
- Kierownik się zgadza.
Pięknie podziękowałam panu portierowi, który dodał jeszcze, że kierownik prosi, żeby się za daleko nie zapuszczać. Odpowiedziałam, że my tylko tutaj bliziutko, zaraz za bramą. Tyle w zupełności nam wystarczało. Dlaczego mielibyśmy łazić gdzieś nie wiadomo gdzie po całym terenie wysypiska, skoro sęp jest tuż przy wejściu? Nie zamierzaliśmy nadużywać uprzejmości i gościnności pracowników zakładu. W końcu to ich teren, na którym to oni ustalają zasady, a my, jako goście, musimy je respektować i się do nich dostosować. Dla mnie było to oczywiste.
Zresztą, tak sobie teraz myślę... nawet gdyby kierownik się nie zgodził, do czego przecież miał prawo - to i tak sępa zdążyłam zobaczyć i sfotografować. Nawet nie wchodząc na teren zakładu, a jedynie stojąc przy portierni. Nawet tyle wystarczyłoby mi, by uznać ten dzień za całkiem udany. Jednak po uzyskaniu zgody mogłam sobie pozwolić na nieco więcej. Podeszliśmy z tatą ostrożnie, cały czas jednak zachowując rozsądną odległość. W końcu nie chcieliśmy spłoszyć tego zbłąkanego przybysza. Zwłaszcza że z drugiej strony, zza wysypiska, na górce stało kilka, a może nawet i kilkanaście innych ptasiarzy, obserwujących sępa. I chyba oczekujących na to, że zacznie robić coś ciekawszego, aniżeli tylko siedzieć na słupie i patrzeć się to tu, to tam, to na nas, to na nich, to na swoje nogi. Sęp był jednak w trakcie kilkugodzinnej sjesty.
Jako że nie należę do osób, które wyczekują godzinami na zdjęcie życia (podziwiam tych, którzy faktycznie przesiedzieli tych kilka godzin tam na górce, ja bym nie miała cierpliwości), kilkanaście, może dwadzieścia minut w zupełności wystarczyło mi do nasycenia się tym widokiem. No i nie chciałam nadużywać życzliwości pracowników zakładu. Jak już wspomniałam, i tak jestem bardzo mile zaskoczona tym, że w ogóle wpuścili kogokolwiek. Dzisiaj to już rzadko spotykana postawa, raczej gdziekolwiek by się nie pojechało dominuje "Nie, nie wpuszczamy ludzi. ... bo nie."
W końcu nie każdy musiałby chcieć, żeby po jego terenie chodziło mu nagle kilkadziesiąt osób. A z tego co wiem, w ciągu całego weekendu było tych osób nawet kilkaset. Tym większy mój podziw dla otwartości pracowników zakładu, zwłaszcza pana kierownika. Mam nadzieję, że tyle osób nie utrudniało zbytnio codziennej pracy osobom tam zatrudnionym. W imieniu całej ptasiarskiej społeczności serdecznie dziękuję za przyjęcie nas, pasjonatów. Nie zapomnimy tych chwil do końca życia. No i dla tych ludzi też pewnie była to ciekawa przygoda, odskocznia od codzienności. Mi nie udało się załapać na historie o zakładzie, o jego funkcjonowaniu, o procesach, jakie w nim zachodzą, i szczerze? Trochę żałuję. Zawsze miło jest dowiedzieć się czegoś nowego. Dialog, wymiana zdań, różne opowieści. To chyba najbardziej lubię w spotkaniach z innymi ludźmi.
I w tym miejscu apeluję do wszystkich, aby w tego typu sytuacjach ZAWSZE pogadać nieco z ludźmi. Po pierwsze, co dla mnie jest rzeczą najważniejszą - ZAPYTAĆ o zgodę na wejście na dany teren, NIGDY nie wchodźcie nieproszeni. Jeśli jest taka możliwość - zadzwońcie z takim zapytaniem. Bądźcie osobami zaproszonymi, a nie intruzami. Już wtedy nawiążcie kontakt, okażcie zainteresowanie właścicielom terenu, odnoście się z szacunkiem do nich, jak i do ich pracy. Bądźcie cierpliwi. Zostawcie po sobie dobre wrażenie. 🙂 Bądźmy zapamiętani jako fajni ludzie z pasją, a nie Ci co włażą wszędzie bez pozwolenia i mają gdzieś innych, bo tylko zdjęcie ptaka się liczy. Tak mi się na przemyślenia zebrało... ale sama już się przekonałam, że taka postawa może przynieść wiele korzyści.


