niedziela, 24 listopada 2024

Śnieżnej anielicy listy do polarnego misia

"Cześć, Misiek.

Tak, Ty, Polarny. Do Ciebie piszę. 

Znudziło mi się w tej Arktyce, bo ile można patrzeć na śnieg, lód, foki i na Ciebie. Podjęłam decyzję, że wylatuję na wakacje. Nie wiem jeszcze gdzie. Muszę się zastanowić. Albo po prostu rzucę rybą w mapę i gdzie trafi, tam wyruszam. 

Byle żeby to nie była Portugalia, jak ostatnio. Fajne miejsce, ale dla mnie za ciepło. To były prawdziwe wczasy w tropikach, widoki all inclusive. Tylko towarzystwo jakieś dziwne. Pamiętasz zresztą, jak opowiadałam Ci o tym dużym, różowym kolesiu z powykręcanymi kolanami. Tym, co robi się różowy od tego, że żre krewetki. Dziwak. 

Niechaj więc los zadecyduję. Rzucam tą rybą."


Są takie ptaki, dla których rzuca się absolutnie wszystko, rezygnuje się ze wszelakich planów, jakie się miało, nawet jeśli wydaje się, że dość trudno jest od nich odstąpić. Wiadomo, każdy ma swoje upodobania i jednego bardziej ciągnie do dziwnych zaganiaczy z Kazachstanu, podczas gdy inni kontemplują nad pięknym jakiejś cyranki z modrym skrzydłem. Są jednak takie ptaki, które elektryzują absolutnie każdego na tyle, by przemierzyć dla niego cały kraj. Nie jest ich wiele, ale miałam już okazję takiego zobaczyć. To oczywiście sikora lazurowa, ptak, który spodoba się każdemu, nawet osobom, które nie interesują się ptakami. Każdy powie, że jest śliczna. I będzie miał rację. 😉

A po czym poznać, że to właśnie jeden z takich ptaków? 

Po tym, że nawet nie musisz nikogo namawiać, by pojechać go zobaczyć, po prostu słyszysz "jedziemy". Jedziemy. 


Ok, umówmy się, mój tata nie należy do nie wiadomo jak wielkich miłośników wszystkich ptaków i nie za każdym chętnie by się przejechał gdzieś pod Białoruś czy nawet bliżej, choćby w dolnośląskie. Lubi jednak zerknąć na ptaki ładne, a ja lubię spełniać jego marzenia. W ten sposób zobaczył już zimorodka, potem żołnę, następnie udaliśmy się na planowaną od dłuższego czasu wyprawę w celu zobaczenia kraski. W międzyczasie widział też takie piękności jak podróżniczek czy ortolan. Duże wrażenie zrobiły na nim warzęcha i ibis kasztanowaty. Kiedy zobaczył gdzieś zdjęcie sikory lazurowej, od razu mu się zamarzyła, ale przecież nie pojedziemy dla niej gdzieś poza granice naszego kraju. Gdy tylko zaleciała kilka lat temu do Polski, sam rzucił pomysł pojechania w mazowieckie. Do dzisiaj pamiętam, jaki był szczęśliwy po ujrzeniu tego cuda. 

Ale kiedy przy znajomych określiłam go ostatnio mianem początkującego ptasiarza, oburzył się i stwierdził, że jest obserwatorem. To już poziom wyżej. 😊


* * *


"Trafiłam w Polskę. Nie wiem, gdzie to dokładnie jest, ale chyba nie ma tam aż takich upałów, więc brzmi to całkiem spoko. Udało mi się nawet rzucić tak, że trafiłam w okolice nad morzem. To dobrze, bo lubię wodę i nie potrafię bez niej żyć. A raczej bez tego, co żyje w niej. 

Myślisz, że mają dobrą kuchnię w tej Polsce? Władysławowo. O, mają tam jakieś knajpy. Zobaczymy wkrótce, co dobrego mi zaserwują."


Wieczorem 23 listopada ogarniałam sobie na Facebooku Identyfikację Ptaków, kiedy to kilka minut po 20 w grupie pojawił się post, który zelektryzował całe środowisko ptasiarzy w Polsce. Oto bowiem młody miłośnik ptaków, zaledwie CZTERNASTOLETNI (!) Kuba Racinowski wrzucił nam na grupę zdjęcie... mewy modrodziobej. Mało tego, ptak miał zostać zaobserwowany w Polsce, a konkretnie w porcie we Władysławowie. Mewa w porcie, nic szczególnego, pewnie powiecie. Ale nie TAKA mewa. Początkowo podchodziliśmy do tej obserwacji dość nieufnie. Podesłałam od razu link do posta Zbigniewowi Kajzerowi, a on rozpoczął dyskusję na "helskim" czacie. Szok był niemały, zaczęto analizować każdy szczegół zdjęcia, doszukując się dowodu na to, że jest "fejkiem". Kiedy tychże dowodów nie znaleziono, dopiero do wszystkich dotarło, co się właśnie dzieje... 

Mewa. modrodzioba. w. Polsce.


Podreptałam do sąsiedniego pokoju i rzuciłam rodzicom, że no, jest ptaszek i to konkretny. Nazwa mewa modrodzioba nie mówiła im jednak nic, a na myśl o kolejnym wyjeździe nad morze, kiedy ostatni w tym kierunku był tydzień temu - entuzjazmu na twarzach nie zauważyłam. Włączyłam więc eBirda i pokazałam im zdjęcie tej piękności. I już widziałam, że tacie ona się spodobała. BARDZO mu się spodobała. Nie mówiąc nic więcej, nie zaczynając żadnej dyskusji o ewentualnym wyjeździe, wróciłam do pokoju i czytałam, jak rozwija się Facebookowa dyskusja. Ludzie szaleją, jasne jest już to, że następnego dnia port we Władysławowie przeżyje prawdziwe oblężenie ptasiarzy. 😂 


Cóż, mieli powód, by się tak zachowywać. Mewa modrodzioba to gatunek, którego w Polsce po prostu nie spotykamy. Jej środowisko naturalne to Arktyka. Śnieg, lód, zimno i misie polarne. Poza swoje naturalne miejsce występowania zapuszcza się rzadko, chociaż zdarzyły jej się nawet wielkie wakacje w portugalskich tropikach. W naszym kraju do tej pory widziano ją tylko raz, we wrześniu 1989 roku w Rewie, w locie, nie wykonano wówczas żadnej dokumentacji tego ptaka. Zdjęcia Kuby, który zamieścił po niedługim czasie dwa kolejne ujęcia ptaka, były więc pierwszymi zdjęciami tego gatunku w Polsce. Gratulacje, Kuba! Warto dodać, że ten młodziutki ptakolub ma już na swoim koncie obserwację birginiaka. Dwa takie gatunki w takim wieku... marzenie każdego dzieciaka z ornitologiczną zajawką. 


* * *


"Wylądowałam. Jest całkiem przyjemnie. Woda nie jest ani za ciepła, ani za zimna, jest taka w sam raz. Natrafiłam tu na kilka dalekich kuzynek, z którymi nawet mogę porozmawiać w mewim języku. Kuchnia też całkiem, całkiem. Podwędziłam śmiesznej kuzynce flądrę, zrobiłam minę niewiniątka i mi wybaczyła. To zawsze działa."


Zaczynam cholernie zazdrościć wszystkim, którzy w niedzielę dostąpią zaszczytu obcowania z tą pięknością, bo wiem, że mi to nie będzie dane. W końcu mieliśmy jechać do Milicza po karpie, rodzice nawet byli dogadani z kilkoma znajomymi, że im też je przywieziemy. Nie minęło jednak zbyt wiele czasu, gdy do pokoju wparadowała mi mama z pytaniem:

- Dużo osób jutro się tam wybiera? 

Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że na oko tak z pół kraju. 

- No to ciesz się, bo Ty też.

Miałam wtedy tylko takie... Co?

- Tata podjął decyzję, że jedziemy. 

Byłam szczęśliwa, ale jeszcze bardziej zaskoczona. Na pytanie co z karpiami, bo w końcu mieliśmy po nie jechać, usłyszałam, że pojedziemy po nie innym razem.


Aż tak mu się ta mewa spodobała. Więc to będzie niezły spontan, zupełnie jak w przypadku lazurowej piękności. A szaleństwo trwa, bo po godzinie 22 na helskim czacie pojawia się informacja, że mewa dalej tam siedzi. I jest nawet zdjęcie. W porcie nie ma egipskich jak gęsiówka ciemności, są lampy, które go oświetlają. Pod jedną z nich postanowiła przekimać się także nasza pożądana przez całą ptasiarską Polskę mewcia. Została tam na noc, więc jest spora szansa, że rano jeszcze tam będzie. A z tego co widzę, są i tacy wariaci, którzy planują ją odwiedzić jeszcze w nocy. My aż tak szaleni nie jesteśmy i planujemy wyjechać około 3 rano, by być mniej więcej na 7. 


Więc jedziemy, zgodnie z planem. Postanowiłam sobie, że tym razem nie będę zerkać w telefon podczas drogi, żeby się nie zrzygać w samochodzie, jak to ostatnio prawie mi się udało. Zaglądam tylko raz, kiedy zaliczamy postój na MOPie pod Świeciem. Okazuje się, że faktycznie, ludzie nawet w nocy byli obserwować mewę. Wpis przed 4 - mewa dalej obecna na miejscu. Kolejny po 6 z informacją, że lata po porcie. Ale cały czas jest. Pozostaje tylko dotrzeć na miejsce i nacieszyć swoje oczy jej widokiem.


* * *


"Misiek, tu się robi jakoś dziwnie. Pełno tu jakichś cudaków na dwóch nogach i większość z nich ma takie śmieszne puszki, które błyskają światłem. Chyba robią mi zdjęcia. U nas czasem też takich widzę, ale nie aż tylu. Krzyczą, skaczą, tańczą, cieszą się. Nie wiem, co się dzieje. I mam wrażenie, że wszyscy patrzą tylko na mnie. A co ja, jakaś gwiazda jestem? Ja jestem zwykła prosta mewa."


Dojeżdżamy równo o 7 pod port i ruszam prosto do niego. Witam się z całą wesołą grupą obserwatorów, a po chwili słyszę tylko O, O, O, LECI. I rzeczywiście. Było jeszcze stosunkowo ciemno w porcie, z pewnością za ciemno dla mojego P900. A ona przemknęła obok nas niczym zjawa. Biała jak śnieg, i chociaż inne mewy też są w większości białe, to żadna tak nie rzucała się w oczy jak ona. Ona praktycznie świeciła w tych ciemnościach. Robi ogromne wrażenie, nie tylko na mnie. Robię pierwsze słabe zdjęcia, jakość trochę lepsza niż typowe zdjęcie z P900 w locie. W sumie, to nawet wychodzi w miarę ostro. Tylko że tak trochę... rzekłabym, artystycznie...



Nagle przemknęła w ciemności niczym anioł, niesamowita, jedyna taka w swoim rodzaju, mewa modrodzioba (Pagophila eburnea). Jedyna w rodzaju dosłownie, i w przenośni. 


Po zrobieniu pierwszych zdjęć wdaję się w krótkie pogawędki z dawnymi znajomymi i tymi, którzy teraz też już są znajomymi. Niektórzy są tu od wczesnych godzin porannych, inni przyjechali całkiem niedawno. Wszystkich zwabiła niezwykła uroda tej mewy. Mamy bowiem do czynienia z ptakiem, który jest po prostu całkowicie biały. Na tle tej śnieżnej bieli wyróżnia się jedynie jej czarne oko i równie czarne nogi, których jednak jeszcze nie było mi dane zobaczyć. Podobnie jak obejrzeć z bliska tego modrego dzioba, któremu zawdzięcza swoją nazwę. 

Postanawiamy się trochę wycofać, licząc na to, że mewa gdzieś na chwilę przycupnie. Długo nie musieliśmy czekać, bo robi to niemalże natychmiast. Siada na murku, na którym wczoraj pozowała do zdjęć Kubie. Jestem coraz bardziej oczarowana tym wyjątkowym ptakiem, jest naprawdę pełny uroku. Ma przepiękny, niebieskawy dziób z żółtawą końcówką - rzadko spotykane połączenie. Idealnie pasuje do surowego krajobrazu skutej lodem Arktyki. Tam pewnie jest niemalże niewidoczna, tutaj od razu wyróżnia się na tle żółtego murku i kutrów rybackich. 
 


Mewa w pełnej okazałości - duch tego portu, cały jakby ze śniegu.

* * *

"Słuchaj no, Polarny, czuję się jakoś ekskluzywnie. Jak jakaś celebrytka. Tyle paparazzi jeszcze nie spotkałam w swoim życiu. Robią mi zdjęcia dosłownie w każdej chwili, nie ważne czy stoję, czy lecę, czy sobie wchodzę do wody trochę popływać. Nigdy się z czymś takim nie spotkałam. W Portugalii też ich kilku było, ale tutaj to istne szaleństwo."

Mewę obserwuje także mój tata i widzę, że rzeczywiście bardzo mu się podoba. Wszystkiego Najlepszego z okazji urodzin, oto Twój prezent, który sam sobie sprawiłeś. Przyszedł o dwa dni za wcześnie, ale chyba może być, prawda? 😉 Do portu przychodzi nawet mama, która także zdecydowała się na zobaczenie mewy. Gdy ją widzi, stwierdza, że wygląda, jakby wpadła do wybielacza... coś w tym jest. Mewa pływa przy jednym z kutrów, nawet dwa razy udaje jej się wyłowić z wody jakiś kąsek. Wciąż jest jednak ciemno, a mewa świeci na zdjęciach, jakby była jakaś napromieniowana. 



Mrok listopadowego poranka i ona, lśniąca jak najprawdziwszy brylant. W sumie nim jest, brylancik polskiej ornitofauny. 


Radość ogarnia nas wszystkich i rośnie z każdą chwilą obserwowania tego niezwykłego zjawiska. Mewa przelatuje nam nad głowami, a niektórzy zaczynają fantazjować, co by było, gdyby się komuś na czapkę sfajdała. Dominują stwierdzenia, że już nigdy by nie została wyprana, w końcu mieć TAKĄ pamiątkę to prawdziwy zaszczyt. Większość przyjęłaby z godnością. W końcu nie każdemu na głowę może się zesrać mewa modrodzioba, kto tego doświadczył, niech podniesie rękę. Ona nie jest jak zwykła sroka, która tylko czyha na Ciebie, aż przejdziesz pod jakimś drzewem, żeby spuścić bombę na Twój ulubiony ciuszek. Ona wzbudza respekt jak królowa, więc i pewnie załatwia się po królewsku.

Po pewnym czasie wypływa głębiej na portowe wody, wtedy nieco się rozjaśnia i udaje mi się zrobić jej najlepsze spośród wszystkich moich zdjęć wykonanych tego dnia. Nie mają one oczywiście żadnego podjazdu do przepięknych fotografii moich znajomych, ale w końcu mam tylko starego, poczciwego Nikona P900, który ma swoje ograniczenia. To nie jest wielka lufa za grube tysiące. Jestem z tych zdjęć zadowolona. Może już nie świeci aż tak bardzo, ale nadal robi piorunujące wrażenie. Urządzam jeszcze kilka krótkich pogawędek z ludźmi, po czym powolnym i krokiem, żeby się nie wywalić na tej gołoledzi, ruszam ostrożnie w stronę naszego auta. Mogłabym pewnie czekać kolejną godzinę, albo dwie, aż znowu jakoś fajnie zapozuje, ale w sumie po co? Emocji mam aż potąd, i nikt mi ich nie odbierze. Jeszcze długo będę powracać do tych chwil, tego jestem pewna. Takich dni jak ten nigdy się nie zapomina. 



Mewa modrodzioba. Ależ to jest niesamowitej urody ptak. 

Dziękuję wszystkim, z którymi dane było mi podziwiać to cudowne stworzenie. To była prawdziwa przyjemność móc dzielić z Wami swoją radość, ulegać emocjom. Fantastycznie spędzone chwile, bez Was nie byłyby takie same. 

* * *

"Te dziwne istoty zaczynają wznosić modlitwy do nieba, abym się na nich sfajdała. Nie wiem, co oni mają w głowach. Myślałam, że ten różowy był dziwakiem, ale oni to jakiś inny poziom. Chyba mi nie uwierzysz w tę historię, jak do Ciebie wrócę. Dziwne są te ciepłe kraje. Dziwne, ale na swój sposób fajne. Chyba jeszcze trochę tu zostanę i zobaczę, co się wydarzy. 
Byłabym zapomniała, masz pozdrowienia od siodłatej. Tak, tej, co Ci kiedyś wszamała pół foki. Ona też tu zabawia." 

Mewa modrodzioba to ptak zamieszkujący tereny arktyczne, za kołem podbiegunowym, takie jak Grenlandia czy Svalbard. To właśnie tam jeździ się, żeby podziwiać ją w naturalnym środowisku. Tym razem postanowiła jednak udać się na zimowe wczasy do ciepłych krajów. Miejmy nadzieję, że zabawi na dłużej i jeszcze więcej ptasiarzy będzie mogło nacieszyć swoje oczy jej widokiem. Tak, jak nacieszyłam je ja. 

A z tego co wiem, to kolejni Pagofile już nadciągają. Więc tak po prostu, jako dobra koleżanka, życzę Wam powodzenia. 

sobota, 16 listopada 2024

Mały talib, któremu kompas się przestawił

Koniec roku kalendarzowego to często jeden z najbardziej dzikich okresów w życiu ptasiarza. Niby jest wtedy natłok świąt, które powinny skutecznie utrudniać dalekie wojaże, a jednak praktycznie za każdym razem, co roku dzieje się coś takiego, że jedziesz te 5 godzin do Warszawy, na Hel czy do Olsztyna. Mimo że sobie obiecujesz, że to już ostatni taki większy wypad w tym roku, że trzeba przecież przygotować się do świąt Bożego Narodzenia i nie ma czasu na wyjazdy. Ach, jakże piękne są te obietnice. I jak pięknie są puszczane w niepamięć, gdy tylko jakaś skrzydlata przybłęda ze Środkowej Azji / Ameryki Północnej / Arktyki czy [tutaj wstaw dowolne miejsce na świecie, no może z wyjątkiem Ameryki Południowej i Australii, bo stamtąd to problem do Polski trafić] do nas zaleci, bo jej się wewnętrzny kompas popieprzy. I nie ma zmiłuj się, i znów przegrywasz ze swoimi słabościami, ze swoimi pokusami. Ciągoty do ptasiarstwa są zbyt silne, a Ty jesteś tylko marnym, słabym, nieasertywnym człowiekiem. Wsiadasz w auto i jedziesz. Albo liczysz na to, że ktoś Cię na ten drugi koniec Polski zabierze. W tym drugim przypadku musisz mieć albo dobrych przyjaciół, albo rodziców o anielskiej cierpliwości do Twoich chorych zachcianek. 

Mamo, tato. Dziękuję. I przepraszam, że przeze mnie rodzinne plany ciągle ulegają zmianom. Obiecuję, że to się wkrótce zmieni. I mam nadzieję, że chociaż ta obietnica dotrwa do spełnienia. 


Więc pewnie jesteście ciekawi, jakiej pierzastej istocie Polska pomyliła się z Indiami czy z... czymkolwiek gdzie przedstawiciele jego gatunku powinni zimować? No to już zaspokajam tę ciekawość. 05 listopada pozornie nic się nie działo, natomiast następnego dnia okazało się, że Mikołaj Zimiński zaobserwował i udokumentował wtedy w miejscowości Moście Błota dziwnego ptaka. Dlaczego dziwnego? Bo był zaganiaczem, a ich o tej porze w naszym pięknym kraju nad Wisłą raczej nie uświadczymy. Do tego ptak był w typie zaganiaczy z rodzaju Iduna, czyli małego, bladego... płowego lub afgańskiego - tych dwóch ostatnich jeszcze u nas nie stwierdzono. Kolejnego dnia grupa śmiałków postanowiła zmierzyć się z postawionym przed ptasiarzami wyzwaniem i znaleźć tego ptaka. Udało im się, zrobiono mu naprawdę dobre zdjęcia. Wstępnie został oznaczony jako zaganiacz mały. Fajny gatunek, ale nie będę dla niego denerwować rodziców w domu, żeby grzać o tej porze roku na Pomorze, skoro kiedyś może mi się trafi wiosną / latem, kiedy szanse na jego spotkanie są znacznie większe. 


Informacja o 18 obserwacji tego gatunku w kraju, a zarazem najpóźniejszej, jeśli patrzeć na porę roku, trafiła na polskie i zagraniczne grupy Facebookowe zajmujące się obserwacjami rzadkości w różnych państwach. No i wcześniejsze oznaczenie tego ptaka przestało być takie oczywiste, gdy eksperci z Francji i Turcji zobaczyli jego zdjęcia i odsłuchali nagrania z nim w roli głównej. Wskazali szereg cech wyglądu tego ptaka, które im niekoniecznie pasowały do "caligaty", jak i wytłumaczyli subtelne różnice w głosie pomiędzy zaganiaczem małym, a tym, czym według nich był nasz tajemniczy ptak. A według nich był zaganiaczem afgańskim. A to oznaczało, że mamy nowy gatunek dla kraju. W dodatku taki, który w ogóle rzadko zalatuje do Europy, bo z Kazachstanu czy Afganistanu mu trochę nie po drodze. Ale kiedy pochrzani mu się kompas i zamiast na południe do Indii ruszy na wschód... no to przytrafi się w Wielkiej Brytanii czy gdzieś indziej.  Teraz przytrafił się tutaj.


To chyba jednak muszę podenerwować w domu, skoro okazało się, że to jedynka. Próżne moje starania, więc zaczynam szukać, czy ktoś ze znajomych nie planuje się wybrać. No i znalazłam, wstępnie umawiając się na sobotę. W piątek przez dwie godziny z rana dopinam szczegóły wyjazdu, orientując się czy i gdzie mam podjechać, i jaki jest dokładnie plan wycieczki, czy poza obserwacją tego małego taliba planowane są jakieś inne atrakcje. Już jestem gotowa na nocny przejazd Uberem, kiedy nagle po południu okazuje się, że rodzicom się odmieniło i w sumie to chętnie by się przejechali nad morze. I weź tu ich zrozum...

Ale dziękuję pięknie. Kocham Was. <3 


* * *


No to jedziemy. Wyjazd jak zwykle w nocy, docieramy coś koło ósmej rano i na moje nieszczęście jeszcze nikogo na miejscu nie ma. Przecież ja go sama nie znajdę, bo za głupia na to jestem. Idę w miejsce, dokąd prowadzi mnie pinezka i liczę na cudowne objawienie tego talibskiego wynalazku. Obserwuję kosy, bogatki, gdzieś tam w tle jazgoczą czyże, w końcu mam grupę mysikrólików, a jeden z nich nawet daje mi nadzieję na fajne zdjęcie... ale w ostatniej chwili zmienia zdanie i zamiast fajnego zdjęcia mam fajnie poruszonego ptaka. Zaganiacza ani widu, ani słychu. Oczekuję na przyjazd silnej ekipy z Wielkopolski, której częścią miałam być, i połączenie sił. W końcu przyjeżdżają Marian z Maksem, oraz duża i mocno zmotywowana grupa z Warszawy. 


Po pewnym czasie po raz pierwszy mogę odetchnąć z ulgą - ptak nadal kręci się w tym samym szpalerze drzew i krzewów, w którym go pierwotnie znaleziono i którego trzymał się w ostatnich dniach. A przynajmniej słyszymy, że jest. Po chwili pomiędzy krzakami faktycznie przemyka nam coś szarego... a potem kolejny raz, i jeszcze jeden. I tak kilka razy, a zdjęcia nie jest w stanie zrobić nikt, bo mały spryciarz jest po prostu za szybki dla nas i dla naszych aparatów. Pokazał się każdej osobie po kilka razy, a najwięcej razy chyba mojemu tacie, który chodził sobie niedaleko, bo nie chciało mu się w aucie siedzieć. Zyskał bardzo szczególną rolę - jako że jego nasz afgański znajomy (na miano przyjaciela jeszcze musi sobie zapracować) upodobał sobie najbardziej - po prostu zaczął nas na niego naprowadzać. 


W końcu tak naprowadził Ewę, że tej, jako jedynej z całej grupy, udało się zrobić mu trzy zdjęcia. Ja doszłam chwilę później, jako druga, i już nie zdążyłam. :( Ewa przeszczęśliwa z nawiązania nowej przyjaźni z zaganiaczem (i przy okazji z moim tatą chyba też), reszcie musi wystarczyć to, że go widzieli. Na pamiątkę robimy zdjęcia tym zdjęciom, które zrobiła Ewa, chociaż to nam po nim zostanie. Ładnie widać na nich ptaka i można bez cienia wątpliwości stwierdzić, że to właśnie TEN, którego wszyscy pożądaliśmy. Wrzuciliśmy go (z odpowiednim podpisem i uszanowaniem praw autorskich, oczywiście) na ornitho, wrzucę go więc i tutaj. 


Zaganiacz afgański (Iduna rama), pierwszy przedstawiciel tego gatunku w Polsce.
Zdjęcie: Ewa Mokrzycka - Moc. 


* * *


Po jakiejś godzinie dojeżdża druga część wielkopolskiej ekipy. Informujemy ich o tym, jak trudny jest to przeciwnik, czym z pewnością ich nie zachęcamy do zmagań. No trudno. Nikt nie mówił, że będzie łatwo i przyjemnie. W skali bycia kochanym, dobrze pozującym się ptaszkiem bliżej mu zdecydowanie do modraczka, a nie białorzytki rdzawej. W przeciwieństwie do sieradzkiego dowcipnisia, ten jednak pokazywał się częściej niż raz na 4 wyjazdy, chociaż łącznie to może i by wyszło jakieś 15 sekund obserwacji, czyli mniej więcej tyle, przez ile obserwowałam tamtego dziwnego wróbla w modrych piórkach. 


Zaganiacz daje złudne nadaje, niby wydaje się, że zaczyna lepiej współpracować, bo nawet dostrzegam go gołym okiem na aż trzy sekundy i widzę go w pełnej okazałości, ale nadal jest za szybki dla aparatów. Ale dobrze widziałam jego szarawe piórka, i nawet dostrzegłam brewkę nad jego okiem. Gdy wzięłam aparat do ręki, jego jednak już nie było. Do godziny 12 lepiej już się nie pokazał, a to oznacza, że muszę wracać z tego wyjazdu bez zdjęcia ptaka, dla którego tam pojechałam. Słodko - gorzki posmak wycieczki, ale cieszy mnie to, że chociaż go widziałam w pełni świadomie i mogłam nawet dostrzec jakąś cechę jego wyglądu, a nie tylko widzieć, jak mały szary pieprzony ptaszek przeskakuje z jednego krzaka na drugi i nie być do końca pewną, czy to na pewno ten. A na pamiątkę go sobie po prostu machnę w PhotoFiltre, jak inne ptaki, które widziałam, a których zdjęć nie posiadam. Mogę go więc sobie z czystym sumieniem dopisać do swojej listy życiowej, która pomimo tego wyjazdu uległa skróceniu. 

Autorytety z całego świata bowiem w końcu uznały, że cyraneczka karolińska nie będzie już odrębnym gatunkiem, a trzy czeczotki to za dużo jak na ludzkie nerwy i lepiej będzie pozostać przy jednej. Także +1 i -3, więc finalnie wychodzi jednak na minus. x/ 



Zaganiacz afgański po mojemu. Starałam się zaznaczyć na tym rysunku dwie cechy, na które zwrócili uwagę eksperci z innych krajów - całkowicie jasną dolną żuchwę ptaka, jak i to, że brewka nie sięga mu za oko. Do tego nasz znajomy miał jakby nieco zmierzwione piórka nad tą brewką, to też upamiętniłam pojedynczą kreską. 


* * * 


Zaganiacz afgański jest gatunkiem, który występuje na terenach Azji Środkowej, jego zimowiska natomiast znajdują się bardziej na południe, na przykład w Indiach. Polska nie jest więc miejscem, w którym powinno się spodziewać go zobaczyć, ale jak wiadomo nie od dziś - ptaki mają skrzydła. I potrafią zaskoczyć. 

Czym zaskoczą nas kolejnym razem?