"Cześć, Misiek.
Tak, Ty, Polarny. Do Ciebie piszę.
Znudziło mi się w tej Arktyce, bo ile można patrzeć na śnieg, lód, foki i na Ciebie. Podjęłam decyzję, że wylatuję na wakacje. Nie wiem jeszcze gdzie. Muszę się zastanowić. Albo po prostu rzucę rybą w mapę i gdzie trafi, tam wyruszam.
Byle żeby to nie była Portugalia, jak ostatnio. Fajne miejsce, ale dla mnie za ciepło. To były prawdziwe wczasy w tropikach, widoki all inclusive. Tylko towarzystwo jakieś dziwne. Pamiętasz zresztą, jak opowiadałam Ci o tym dużym, różowym kolesiu z powykręcanymi kolanami. Tym, co robi się różowy od tego, że żre krewetki. Dziwak.
Niechaj więc los zadecyduję. Rzucam tą rybą."
Są takie ptaki, dla których rzuca się absolutnie wszystko, rezygnuje się ze wszelakich planów, jakie się miało, nawet jeśli wydaje się, że dość trudno jest od nich odstąpić. Wiadomo, każdy ma swoje upodobania i jednego bardziej ciągnie do dziwnych zaganiaczy z Kazachstanu, podczas gdy inni kontemplują nad pięknym jakiejś cyranki z modrym skrzydłem. Są jednak takie ptaki, które elektryzują absolutnie każdego na tyle, by przemierzyć dla niego cały kraj. Nie jest ich wiele, ale miałam już okazję takiego zobaczyć. To oczywiście sikora lazurowa, ptak, który spodoba się każdemu, nawet osobom, które nie interesują się ptakami. Każdy powie, że jest śliczna. I będzie miał rację. 😉
A po czym poznać, że to właśnie jeden z takich ptaków?
Po tym, że nawet nie musisz nikogo namawiać, by pojechać go zobaczyć, po prostu słyszysz "jedziemy". Jedziemy.
Ok, umówmy się, mój tata nie należy do nie wiadomo jak wielkich miłośników wszystkich ptaków i nie za każdym chętnie by się przejechał gdzieś pod Białoruś czy nawet bliżej, choćby w dolnośląskie. Lubi jednak zerknąć na ptaki ładne, a ja lubię spełniać jego marzenia. W ten sposób zobaczył już zimorodka, potem żołnę, następnie udaliśmy się na planowaną od dłuższego czasu wyprawę w celu zobaczenia kraski. W międzyczasie widział też takie piękności jak podróżniczek czy ortolan. Duże wrażenie zrobiły na nim warzęcha i ibis kasztanowaty. Kiedy zobaczył gdzieś zdjęcie sikory lazurowej, od razu mu się zamarzyła, ale przecież nie pojedziemy dla niej gdzieś poza granice naszego kraju. Gdy tylko zaleciała kilka lat temu do Polski, sam rzucił pomysł pojechania w mazowieckie. Do dzisiaj pamiętam, jaki był szczęśliwy po ujrzeniu tego cuda.
Ale kiedy przy znajomych określiłam go ostatnio mianem początkującego ptasiarza, oburzył się i stwierdził, że jest obserwatorem. To już poziom wyżej. 😊
* * *
"Trafiłam w Polskę. Nie wiem, gdzie to dokładnie jest, ale chyba nie ma tam aż takich upałów, więc brzmi to całkiem spoko. Udało mi się nawet rzucić tak, że trafiłam w okolice nad morzem. To dobrze, bo lubię wodę i nie potrafię bez niej żyć. A raczej bez tego, co żyje w niej.
Myślisz, że mają dobrą kuchnię w tej Polsce? Władysławowo. O, mają tam jakieś knajpy. Zobaczymy wkrótce, co dobrego mi zaserwują."
Wieczorem 23 listopada ogarniałam sobie na Facebooku Identyfikację Ptaków, kiedy to kilka minut po 20 w grupie pojawił się post, który zelektryzował całe środowisko ptasiarzy w Polsce. Oto bowiem młody miłośnik ptaków, zaledwie CZTERNASTOLETNI (!) Kuba Racinowski wrzucił nam na grupę zdjęcie... mewy modrodziobej. Mało tego, ptak miał zostać zaobserwowany w Polsce, a konkretnie w porcie we Władysławowie. Mewa w porcie, nic szczególnego, pewnie powiecie. Ale nie TAKA mewa. Początkowo podchodziliśmy do tej obserwacji dość nieufnie. Podesłałam od razu link do posta Zbigniewowi Kajzerowi, a on rozpoczął dyskusję na "helskim" czacie. Szok był niemały, zaczęto analizować każdy szczegół zdjęcia, doszukując się dowodu na to, że jest "fejkiem". Kiedy tychże dowodów nie znaleziono, dopiero do wszystkich dotarło, co się właśnie dzieje...
Mewa. modrodzioba. w. Polsce.
Podreptałam do sąsiedniego pokoju i rzuciłam rodzicom, że no, jest ptaszek i to konkretny. Nazwa mewa modrodzioba nie mówiła im jednak nic, a na myśl o kolejnym wyjeździe nad morze, kiedy ostatni w tym kierunku był tydzień temu - entuzjazmu na twarzach nie zauważyłam. Włączyłam więc eBirda i pokazałam im zdjęcie tej piękności. I już widziałam, że tacie ona się spodobała. BARDZO mu się spodobała. Nie mówiąc nic więcej, nie zaczynając żadnej dyskusji o ewentualnym wyjeździe, wróciłam do pokoju i czytałam, jak rozwija się Facebookowa dyskusja. Ludzie szaleją, jasne jest już to, że następnego dnia port we Władysławowie przeżyje prawdziwe oblężenie ptasiarzy. 😂
Cóż, mieli powód, by się tak zachowywać. Mewa modrodzioba to gatunek, którego w Polsce po prostu nie spotykamy. Jej środowisko naturalne to Arktyka. Śnieg, lód, zimno i misie polarne. Poza swoje naturalne miejsce występowania zapuszcza się rzadko, chociaż zdarzyły jej się nawet wielkie wakacje w portugalskich tropikach. W naszym kraju do tej pory widziano ją tylko raz, we wrześniu 1989 roku w Rewie, w locie, nie wykonano wówczas żadnej dokumentacji tego ptaka. Zdjęcia Kuby, który zamieścił po niedługim czasie dwa kolejne ujęcia ptaka, były więc pierwszymi zdjęciami tego gatunku w Polsce. Gratulacje, Kuba! Warto dodać, że ten młodziutki ptakolub ma już na swoim koncie obserwację birginiaka. Dwa takie gatunki w takim wieku... marzenie każdego dzieciaka z ornitologiczną zajawką.
* * *
"Wylądowałam. Jest całkiem przyjemnie. Woda nie jest ani za ciepła, ani za zimna, jest taka w sam raz. Natrafiłam tu na kilka dalekich kuzynek, z którymi nawet mogę porozmawiać w mewim języku. Kuchnia też całkiem, całkiem. Podwędziłam śmiesznej kuzynce flądrę, zrobiłam minę niewiniątka i mi wybaczyła. To zawsze działa."
Zaczynam cholernie zazdrościć wszystkim, którzy w niedzielę dostąpią zaszczytu obcowania z tą pięknością, bo wiem, że mi to nie będzie dane. W końcu mieliśmy jechać do Milicza po karpie, rodzice nawet byli dogadani z kilkoma znajomymi, że im też je przywieziemy. Nie minęło jednak zbyt wiele czasu, gdy do pokoju wparadowała mi mama z pytaniem:
- Dużo osób jutro się tam wybiera?
Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że na oko tak z pół kraju.
- No to ciesz się, bo Ty też.
Miałam wtedy tylko takie... Co?
- Tata podjął decyzję, że jedziemy.
Byłam szczęśliwa, ale jeszcze bardziej zaskoczona. Na pytanie co z karpiami, bo w końcu mieliśmy po nie jechać, usłyszałam, że pojedziemy po nie innym razem.
Aż tak mu się ta mewa spodobała. Więc to będzie niezły spontan, zupełnie jak w przypadku lazurowej piękności. A szaleństwo trwa, bo po godzinie 22 na helskim czacie pojawia się informacja, że mewa dalej tam siedzi. I jest nawet zdjęcie. W porcie nie ma egipskich jak gęsiówka ciemności, są lampy, które go oświetlają. Pod jedną z nich postanowiła przekimać się także nasza pożądana przez całą ptasiarską Polskę mewcia. Została tam na noc, więc jest spora szansa, że rano jeszcze tam będzie. A z tego co widzę, są i tacy wariaci, którzy planują ją odwiedzić jeszcze w nocy. My aż tak szaleni nie jesteśmy i planujemy wyjechać około 3 rano, by być mniej więcej na 7.
Więc jedziemy, zgodnie z planem. Postanowiłam sobie, że tym razem nie będę zerkać w telefon podczas drogi, żeby się nie zrzygać w samochodzie, jak to ostatnio prawie mi się udało. Zaglądam tylko raz, kiedy zaliczamy postój na MOPie pod Świeciem. Okazuje się, że faktycznie, ludzie nawet w nocy byli obserwować mewę. Wpis przed 4 - mewa dalej obecna na miejscu. Kolejny po 6 z informacją, że lata po porcie. Ale cały czas jest. Pozostaje tylko dotrzeć na miejsce i nacieszyć swoje oczy jej widokiem.
* * *
"Misiek, tu się robi jakoś dziwnie. Pełno tu jakichś cudaków na dwóch nogach i większość z nich ma takie śmieszne puszki, które błyskają światłem. Chyba robią mi zdjęcia. U nas czasem też takich widzę, ale nie aż tylu. Krzyczą, skaczą, tańczą, cieszą się. Nie wiem, co się dzieje. I mam wrażenie, że wszyscy patrzą tylko na mnie. A co ja, jakaś gwiazda jestem? Ja jestem zwykła prosta mewa."
Dojeżdżamy równo o 7 pod port i ruszam prosto do niego. Witam się z całą wesołą grupą obserwatorów, a po chwili słyszę tylko O, O, O, LECI. I rzeczywiście. Było jeszcze stosunkowo ciemno w porcie, z pewnością za ciemno dla mojego P900. A ona przemknęła obok nas niczym zjawa. Biała jak śnieg, i chociaż inne mewy też są w większości białe, to żadna tak nie rzucała się w oczy jak ona. Ona praktycznie świeciła w tych ciemnościach. Robi ogromne wrażenie, nie tylko na mnie. Robię pierwsze słabe zdjęcia, jakość trochę lepsza niż typowe zdjęcie z P900 w locie. W sumie, to nawet wychodzi w miarę ostro. Tylko że tak trochę... rzekłabym, artystycznie...
Nagle przemknęła w ciemności niczym anioł, niesamowita, jedyna taka w swoim rodzaju, mewa modrodzioba (Pagophila eburnea). Jedyna w rodzaju dosłownie, i w przenośni.
"Słuchaj no, Polarny, czuję się jakoś ekskluzywnie. Jak jakaś celebrytka. Tyle paparazzi jeszcze nie spotkałam w swoim życiu. Robią mi zdjęcia dosłownie w każdej chwili, nie ważne czy stoję, czy lecę, czy sobie wchodzę do wody trochę popływać. Nigdy się z czymś takim nie spotkałam. W Portugalii też ich kilku było, ale tutaj to istne szaleństwo."
"Te dziwne istoty zaczynają wznosić modlitwy do nieba, abym się na nich sfajdała. Nie wiem, co oni mają w głowach. Myślałam, że ten różowy był dziwakiem, ale oni to jakiś inny poziom. Chyba mi nie uwierzysz w tę historię, jak do Ciebie wrócę. Dziwne są te ciepłe kraje. Dziwne, ale na swój sposób fajne. Chyba jeszcze trochę tu zostanę i zobaczę, co się wydarzy.
Byłabym zapomniała, masz pozdrowienia od siodłatej. Tak, tej, co Ci kiedyś wszamała pół foki. Ona też tu zabawia."
