wtorek, 17 czerwca 2025

Gdy jeden sęp kolejne sępy rodzi

Mówi się, że piątek trzynastego przynosi pecha. Wiele osób boi się tej daty, przeczuwa nadchodzące nieszczęścia. Ja nie wierzę w te przesądy, bo jeśli chodzi o moją "karierę" ptasiarza - piątek trzynastego, stycznia dokładniej, jest jedną z dat, którą pamiętam do dnia dzisiejszego. Minęło już osiem lat od tego wydarzenia, a wciąż wspominam je z uśmiechem na twarzy. Pamiętam dokładnie co widziałam, pamiętam wszystkie emocje, jakie mi towarzyszyły podczas tych kilku wyjątkowych chwil. Trzynastego stycznia 2017 roku po raz pierwszy na własne oczy zobaczyłam bowiem nasz mały polski klejnot - zimorodka. To było jedno z tych, wydawało się wówczas, nieosiągalnych marzeń. W końcu nie jeździłam nigdzie daleko za ptakami, nie jeździłam gdzieś w konkretne miejsca specjalnie za nimi. Nie wiedziałam, co to tłicz, nie śmiałam myśleć o żadnym oglądaniu gatunków komisyjnych. Dopiero raczkowałam, jeśli chodzi o moją pasję, chociaż pierwsze zapiski o kolejnych przyrostach w "życiówce" mam z 2008 roku. Wszystko co było wcześniej to czarna dziura, do której wpadła zawartość zepsutego komputera. Pamiętam tylko co obserwowałam, pamiętam (w większości) gdzie obserwowałam, nie pamiętam jednak dokładnie kiedy. Dlatego tak zacne wydarzenia jak pierwsze obserwacje sosnówki czy dzięcioła zielonego figurują na mojej liście życiowej bez dat. 

Wróćmy jednak do zimorodka. Od zawsze chciałam go zobaczyć... a mój tata chyba nawet jeszcze bardziej, aniżeli ja. Często o tym wspominał, że by chciał. Wprawdzie udało mu się już wówczas zobaczyć tak "egzotyczne" gatunki jak wilga czy dudek, ale zawsze to zimorodek był takim jego ulubieńcem, który mu się marzył. Trzynastego stycznia 2017 roku nic nie zapowiadało tego, że to marzenie mogłoby się urzeczywistnić. Pojechałam na uczelnię, jak zawsze, a że miałam tego dnia długie okienko - do plecaka oprócz zeszytu do notowania i kilku podręczników, oraz jakiegoś śniadania i picia, zabrałam też aparat fotograficzny. Gdy nadeszły wolne godziny - ruszyłam w stronę przystanku, wsiadłam w tramwaj i pojechałam nim na Sołacz. Pogoda przyjemna, chociaż dosyć zimno. Wokół trochę śniegu. Dreptam ostrożnie w stronę pierwszych stawów, aż nagle coś przemyka mi przed oczami. Niczym strzała. Niewątpliwie jakiś ptak... ale jaki? Tego już nie wiedziałam. Pierwszą rzeczą, którą dostrzegłam nie był wcale błękitny grzbiet. Nie wiedziałam od razu, że to zimorodek. 

Pierwszą rzeczą, którą dostrzegłam był rudy brzuch ptaka, co naprowadziło mnie na to, że może to był rudzik. Jakże cudownie było się pomylić! Zrobiłam kilka kolejnych kroków w stronę, gdzie poleciało tajemnicze stworzenie i... nogi się pode mną ugięły. Przede mną na gałęzi, nad naszą sołacką "smródką" siedział najprawdziwszy zimorodek. Zaczęłam śmiać się do samej siebie, łzy zaczęły lecieć mi z oczu... byłam w takiej euforii, że nie wiedziałam, czy krzyczeć, tańczyć, czy robić zdjęcia. Pierwsze dwie serie były nieostre, tak bardzo z podniecenia drżały mi ręce. Bałam się jakkolwiek ruszyć, żeby nie spłoszyć ptaka. Gdy ustabilizowałam nieco oddech i swoje emocje, udało mi się popełnić kolejne zdjęcia. 


Szału nie ma, ale być nie mogło. Kto w takiej chwili myślałby o jakimś super ujęciu... 

Z ogromnym bananem na twarzy (jakżeby mogło być inaczej po takim spotkaniu!) wróciłam na uczelnię, chwaląc się kilku bliższym znajomym tym, co udało się uchwycić. Na wykładach zbytnio skupić się już nie mogłam, bo cały czas we mnie siedziało tych kilka chwil z Sołacza... 🙂 W tramwaju, wracając do domu układałam sobie w głowie, co powiem tacie. W końcu stwierdziłam, że postawię go przed faktem dokonanym... 🤣 

Gdy tylko przeszłam przez drzwi naszego mieszkania od razu "zaatakowałam" go stwierdzeniem: 

- Tata, jedziemy jutro na Sołacz. 

- Chyba zgłupiałaś. - odpowiedział. Niezrażona tą odpowiedzią dalej próbowałam postawić na swoim: 

- Tata, ja mam taki jeden argument, który Cię przekona. 

... nastała chwila ciszy. Ja z szerokim bananem na twarzy. Tata myśli, myśli i ... do teraz nie wiem, jakim cudem on na to wpadł. Ale jednak wymyślił.

- No zimorodka to tam raczej nie ma... - mruknął, niby pod nosem, ale miał tego pecha (albo raczej szczęście), że to usłyszałam. 

- ... no właśnie dzisiaj był. - bąknęłam nieśmiało. 

... kolejna chwila ciszy. 

- Ale jak chcesz jechać, to z samego rana. 

No i pojechaliśmy. I był. I potem widywałam go regularnie. Ten piątek trzynastego zmienił moje życie. 


* * *


... historia miała się powtórzyć i piątek trzynastego znów miał odmienić życie, nie tylko moje, ale setek osób. Setek polskich ptasiarzy, zarówno tych, którzy dopiero raczkowali w swoim hobby, jak i tych, którzy 300 gatunków widzą w ciągu jednego roku, a nie w całym swoim życiu. Oto bowiem trzynastego czerwca 2025 roku, w piątkowe popołudnie polski światek ornitologiczny zelektryzowała informacja o zaobserwowaniu sępa płowego na terenie Miejskiego Zakładu Gospodarki Odpadami Komunalnymi w Koninie. W skrócie, na głównym wysypisku śmieci w tym mieście. Tak, w Wielkopolsce. Co więcej, o obserwacji powiadomili sami pracownicy zakładu, na czele z panem kierownikiem, Henrykiem Drzewieckim. Chyba nie spodziewali się tego, co nastąpi po wypuszczeniu w świat takiej informacji, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że ptak miał przebywać na miejscu już od dwóch dni. Znaczy że stacjonarny. Znaczy, że tłiczowalny. Kto mógł, ruszyć jeszcze i w piątek. Jeszcze tego samego dnia podpytałam o szczegóły dojazdu mojego szanownego kolegę z pola facelii Wiktora, który był tam chyba pierwszą osobą na miejscu. To czego się dowiedziałam z jednej strony było zachęcające, z drugiej... no niekoniecznie. 

Wiktor miał dogadać się z bardzo miłym portierem na wejście. Czy wpuści kolejnych - oto była zagadka. W dodatku w niedzielę zakład według tego, co udało się znaleźć w Internecie - miał być zamknięty, a i sam Wiktor też mi napisał, że możliwe, że nikogo tam wtedy nie będzie. ... a przecież jak miałam jechać, no to w niedzielę, jak zawsze. ... ale pamiętacie, jak pisałam, że są takie gatunki, gdzie człowiek się nie zastanawia "czy?" i "kiedy?", tylko sprawdza od razu jaką drogą tam najlepiej dojechać? Sęp płowy (jakikolwiek sęp, zresztą) z pewnością do takich gatunków się zalicza. Rodziców w domu nawet specjalnie namawiać nie musiałam. Ruszyliśmy w sobotę z rana, wiedząc, że ptak jest na miejscu, bo grupka zapaleńców była tam już i o 4... dla nas to jeszcze noc. 😅 Podróż zleciała szybko i sprawnie, mapa drogi 92 na ornitho została zrobiona. Widzę już w oddali zakład i widzę coś dziwnego na jednym ze słupów zaraz za bramą wjazdową. Coś dużego. W pierwszej chwili nie skojarzyłam, że to TO. Dopiero po chwili doznałam tego przebłysku w głowie. Stanęliśmy przy portierni. Zagaduję do bardzo miłego portiera, który widząc aparat na mojej szyi od razu zapytał:

- Aaa, pani na ptaszki? 

- Taak, na sępa. - odpowiedziałam dość niepewnie. 

- Proszę poczekać chwilkę, zadzwonię do kierownika i zapytam, czy mogą państwo wejść. 

Trwało to naprawdę krótką chwilę, ale w międzyczasie zdążyłam sobie zzoomować na to dziwne, duże coś na słupie. Tak. To jest TO. To jest sęp. ... rany boskie, czy ja naprawdę widzę dzikiego sępa na wolności w Polsce?... Przecież to jakaś abstrakcja. 

Nie. To rzeczywistość. 

- Kierownik się zgadza. 

Pięknie podziękowałam panu portierowi, który dodał jeszcze, że kierownik prosi, żeby się za daleko nie zapuszczać. Odpowiedziałam, że my tylko tutaj bliziutko, zaraz za bramą. Tyle w zupełności nam wystarczało. Dlaczego mielibyśmy łazić gdzieś nie wiadomo gdzie po całym terenie wysypiska, skoro sęp jest tuż przy wejściu? Nie zamierzaliśmy nadużywać uprzejmości i gościnności pracowników zakładu. W końcu to ich teren, na którym to oni ustalają zasady, a my, jako goście, musimy je respektować i się do nich dostosować. Dla mnie było to oczywiste. 

Zresztą, tak sobie teraz myślę... nawet gdyby kierownik się nie zgodził, do czego przecież miał prawo - to i tak sępa zdążyłam zobaczyć i sfotografować. Nawet nie wchodząc na teren zakładu, a jedynie stojąc przy portierni. Nawet tyle wystarczyłoby mi, by uznać ten dzień za całkiem udany. Jednak po uzyskaniu zgody mogłam sobie pozwolić na nieco więcej. Podeszliśmy z tatą ostrożnie, cały czas jednak zachowując rozsądną odległość. W końcu nie chcieliśmy spłoszyć tego zbłąkanego przybysza. Zwłaszcza że z drugiej strony, zza wysypiska, na górce stało kilka, a może nawet i kilkanaście innych ptasiarzy, obserwujących sępa. I chyba oczekujących na to, że zacznie robić coś ciekawszego, aniżeli tylko siedzieć na słupie i patrzeć się to tu, to tam, to na nas, to na nich, to na swoje nogi. Sęp był jednak w trakcie kilkugodzinnej sjesty. 


Jednak nawet taki statyczny, może nawet nieco przysypiący... wrażenie robił piorunujące. Kawał ptaszka! 


Strzeliłam mu kilka serii z aparatu, a on zaczął sobie przeczesywać dziobem piórka. W międzyczasie nadeszła i ona, mamuśka. Cała na różowo - czerwono, niczym landryna. Śmiała się, że przyszło mięsko dla sępa. 😆 ... ciekawe, co on sobie na ten widok pomyślał. 

Jako że nie należę do osób, które wyczekują godzinami na zdjęcie życia (podziwiam tych, którzy faktycznie przesiedzieli tych kilka godzin tam na górce, ja bym nie miała cierpliwości), kilkanaście, może dwadzieścia minut w zupełności wystarczyło mi do nasycenia się tym widokiem. No i nie chciałam nadużywać życzliwości pracowników zakładu. Jak już wspomniałam, i tak jestem bardzo mile zaskoczona tym, że w ogóle wpuścili kogokolwiek. Dzisiaj to już rzadko spotykana postawa, raczej gdziekolwiek by się nie pojechało dominuje "Nie, nie wpuszczamy ludzi. ... bo nie." 

W końcu nie każdy musiałby chcieć, żeby po jego terenie chodziło mu nagle kilkadziesiąt osób. A z tego co wiem, w ciągu całego weekendu było tych osób nawet kilkaset. Tym większy mój podziw dla otwartości pracowników zakładu, zwłaszcza pana kierownika. Mam nadzieję, że tyle osób nie utrudniało zbytnio codziennej pracy osobom tam zatrudnionym. W imieniu całej ptasiarskiej społeczności serdecznie dziękuję za przyjęcie nas, pasjonatów. Nie zapomnimy tych chwil do końca życia. No i dla tych ludzi też pewnie była to ciekawa przygoda, odskocznia od codzienności. Mi nie udało się załapać na historie o zakładzie, o jego funkcjonowaniu, o procesach, jakie w nim zachodzą, i szczerze? Trochę żałuję. Zawsze miło jest dowiedzieć się czegoś nowego. Dialog, wymiana zdań, różne opowieści. To chyba najbardziej lubię w spotkaniach z innymi ludźmi. 

I w tym miejscu apeluję do wszystkich, aby w tego typu sytuacjach ZAWSZE pogadać nieco z ludźmi. Po pierwsze, co dla mnie jest rzeczą najważniejszą - ZAPYTAĆ o zgodę na wejście na dany teren, NIGDY nie wchodźcie nieproszeni. Jeśli jest taka możliwość - zadzwońcie z takim zapytaniem. Bądźcie osobami zaproszonymi, a nie intruzami. Już wtedy nawiążcie kontakt, okażcie zainteresowanie właścicielom terenu, odnoście się z szacunkiem do nich, jak i do ich pracy. Bądźcie cierpliwi. Zostawcie po sobie dobre wrażenie. 🙂 Bądźmy zapamiętani jako fajni ludzie z pasją, a nie Ci co włażą wszędzie bez pozwolenia i mają gdzieś innych, bo tylko zdjęcie ptaka się liczy. Tak mi się na przemyślenia zebrało... ale sama już się przekonałam, że taka postawa może przynieść wiele korzyści.


O. Mięsko. Mniam. Smakowite. Zjadłbym. ... Mięsko, gdzie idziesz?! 
Poszło. 😞


I tak myślałam sobie, że wszystko będzie w porządku i po tym, jak już sama byłam i zobaczyłam, że jest dobrze, że takie stosunki międzyludzkie pozostaną do końca. No... niestety nie. 
Już w sobotnie popołudnie ustalono, że ptasiarze będą wchodzić grupami, ze specjalnie oddelegowanym pracownikiem, bodajże co dwie godziny. Taka informacja dotarła do większości osób, ponieważ pojawiła się na Rare Bird Alert. Co poniektórzy zamieścili ją także u siebie na profilach na Facebooku. I ja w pełni rozumiem taką decyzję o przydzieleniu tej dodatkowej osoby do "pilnowania" ludzi. W końcu to kilkadziesiąt osób, i jak pisałam, nie każdy może chcieć, żeby ludzie chodzili mu tu i tam po jego terenie. Jeszcze coś by się komuś stało i byłby problem. 
Problem niestety mieli mieć jednak niektórzy ptasiarze. Już w sobotę czytałam o tym, jak niektórzy musieli przekonywać, by móc wejść. Wtedy jeszcze to rozumiałam, nie wiedzieli o nowej zasadzie. Szkoda byłoby, gdyby z tego powodu nie mogli zobaczyć ptaka. W niedzielę jednak przestałam rozumieć, kiedy znów czytałam, że niektórzy narzekali na to, że musieli czekać dwie godziny na wejście. Być może też było jakieś narzekanie, że tylko na piętnaście minut, bo przecież pewnie wszyscy chcieliby zobaczyć, jak sęp lata, chodzi, pożywia się, kłapie dziobem i gania się w powietrzu z innymi drapolami, i wyczekać na moment do zrobienia super zdjęcia. Ale to drugie to już tylko moje domysły. I ... jakby, nie wiem, cieszcie się, że w ogóle weszliście, bo nie musieliście. Doceńcie to, co macie, bo dostaliśmy naprawdę dużo, a nie musieliśmy dostać nic. Pewnie też by średnio mi się chciało czekać, ale kurcze, to teren zakładu, i to pracownicy zakładu tutaj ustalają zasady. Nie nadużywajmy dobroci, bo obróci się to przeciwko nam. A może już nawet obróciło, bo w poniedziałek już były osoby, których nie wpuszczono. Dzisiaj, we wtorek, także. Ale sępa podobno już nie ma, odleciał po tym, jak rano widziała go ostatnia grupa.

Dlaczego jesteśmy narodem wiecznych narzekaczy? Cieszmy się z małych rzeczy. Kiedy ktoś da nam palec, nie żądajmy całej ręki. 
Tym gorzkim akcentem kończę dzisiejszy wpis. Ja obserwację sępa zapamiętam wspaniale. Zapamiętam też bardzo dobrze bardzo miłego portiera i życzliwość pana kierownika. I nie mam sobie nic do zarzucenia, bo niczego nieodpowiedniego nie zrobiłam. Inni niech odpowiedzą sobie na pytanie - czy oni też zachowali się całkowicie w porządku. 


* * *


Sęp płowy (Gyps fulvus) to gatunek dużego ptaka drapieżnego z rzędu szponiastych i rodziny jastrzębiowatych. Zamieszkuje głównie tereny górzyste w Europie oraz Azji, jednak koczujące ptaki można napotkać daleko od miejsca ich naturalnego występowania. W Polsce widziany już około 100 razy (najczęściej właśnie w czerwcu), jednakże dopiero ten osobnik, jako "tłiczowalny" wywołał takie poruszenie w środowisku ptasiarskim. 
Osobnik, którego przywiało aż do Konina, był ptakiem młodocianym. 

niedziela, 20 kwietnia 2025

Podróż do sztucznego świata

Jestem coraz bardziej przerażona tym, w jakim kierunku zmierza rozwój technologii AI. To, co wydaje się, miało być jakąś pomocą dla człowieka, jest czymś, co tylko go ogłupia. To, co miało być inteligencją - jest najczęściej bezwartościowym syfem. Żeby nie użyć mocniejszego określenia, chociaż takie bardzo chcą przejść przez klawiaturę. Chociaż może tutaj na blogu mogę dać upust swoim emocjom? Na Facebookowych grupach nie nazwę gówna gównem, bo musiałabym sama sobie wlepić bana, skoro innych codziennie rugam za brak kultury wypowiedzi. Ale tutaj? Kto mi zabroni? 

To dziadostwo ma różne formy. Od jakichś czatów, z którymi możesz sobie pogadać, kiedy Ci się nudzi i nie masz przyjaciół, z którymi można by nawiązać dialog, przez roboty piszące komentarze na Facebooku czy innych stronach, bo po co człowiek ma się w ten sposób męczyć, aż do tego, co uważam za najgorsze - sztuczne generowanie rzeczywistości. Sztucznej rzeczywistości, która nie ma absolutnie NIC wspólnego z prawdziwym światem. Bo co w tym jest prawdziwego? 


Czy naprawdę ktoś, kto ma więcej niż 2IQ uwierzy w to, że te wszystkie filmiki, którymi jesteśmy ostatnio zalewani na Facebooku, YouTubie, czy gdziekolwiek - są prawdziwe? Te wszystkie gepardy w potrzaskach, nad którymi płaczą ich kociątka, a które są "ratowane" przez miłośników przyrody? Te słodkie misie, foczki, małpki, wszystkie zawsze tak ślicznie wymuskane, takie puchate, takie idealne, często aż za bardzo? W końcu, te ptaki, które nie przypominają żadnego z ponad 10 000 istniejących na świecie gatunków, rozkładające skrzydła nad młodymi niczym parasol? Puchate sówki wtulające się w rodziców na połyskującym czymś-co-ma-być-gniazdem, założonym na jakimś patyku? 

Otóż nie. Nie są. Ale dzisiejsze pokolenie ludzkości jest tak głupie i naiwne, że oni naprawdę w to wierzą, a co więcej, uważają to za śliczne, słodkie i urocze. A nawet jeśli zdają sobie sprawę z tego, że to nie jest prawdziwe, co to ich obchodzi? Najważniejsze jest to, że mogą sobie nacieszyć oczy ślicznymi, kolorowymi obrazkami. Najlepiej, żeby jeszcze migało z nich na wszystkie strony, wtedy są jeszcze bardziej cool. 


I to mnie najbardziej przeraża. Nie sam fakt ogłupiania ludzi, a tego, że oni CHCĄ być ogłupiani. Dlaczego zamiast zbanować osoby, które tworzą takie gówno, daje się im poklask? Dlaczego zamiast napisać prawdę, czyli że jest to zwykły, nierealistyczny, nieistniejący badziew, pojawiają się zachwyty nad pięknymi "zdjęciami" i niesamowitymi, emocjonującymi "filmikami"? To NIE SĄ zdjęcia i filmy. To NIE JEST rzeczywistość. To NIE istnieje. To jest bajka, fikcja literacka, ludzka wyobraźnia przeniesiona za pomocą odpowiednich narzędzi na formę obrazu. Zbyt łagodne określenie? Pójdę więc o krok dalej.

To jest zwykłe oszustwo, za które ktoś, kogo jedynym wysiłkiem było kilka kliknięć w jakimś programie, zbiera laury i trzepie lajki na Facebooku, podczas gdy osoby, które męczą się godzinami, dniami, tygodniami nad tym, by sfotografować lub narysować, namalować, stworzyć coś, co może spodoba się innym, otrzymują marne ochłapy. Bo zdjęcia są nieidealne, nie są tak pięknie pokolorowane, nie pokazują ślicznych, gładziutkich zwierzątek bez żadnych skaz. A sztuka? Dzisiaj każdy jest w stanie sobie wygenerować taką "sztukę", więc po co się męczyć? Oszukiwać jest łatwiej. Dużo łatwiej. Nie wymaga to ani utraty cennego czasu, ani sił, ani pieniędzy. 


Pal licho, kiedy są to tylko głupie posty na Facebooku. Gorzej, kiedy zaczynają ilustrować jakieś poważne artykuły, gdzie wypadałoby, żeby całość artykułu była równie poważna, jak zawarty w nim tekst. Użycie sztucznie wygenerowanego obrazu poważne nie jest. Nadal to jednak tylko głupie posty na Facebooku, mało istotne dla ludzi. To pstrokate gówno zaczyna jednak pojawiać się w innych miejscach. I tutaj należy już powiedzieć STOP. Dość tego. 

Wielu z nas pewnie widziało już reklamy z idealnymi hamburgerami, na widok których aż cieknie ślinka. Wielu pewnie taka reklama zachęciła do zakupu przepysznej bułeczki, w końcu jest tak piękna, że musi równie dobrze smakować. Wielu pewnie tego zakupu żałowało, bo ich idealny hamburger nie dość, że nie przypominał tego ze "zdjęć", to jeszcze w smaku też nie powalał. Nikt z tym nic nie robi, przecież to normalne. Tak jest od lat. 


Przekraczane są jednak kolejne granice. Ludzie zaczynają wykorzystywać AI do celowego oszukiwania innych ludzi. Doszły do mnie słuchy o tym, że Komisja Faunistyczna dostała już niejedno zgłoszenie ze sztucznie wygenerowanym ptakiem. Czemu to ma służyć? Za takie robienie sobie jaj z poważnej instytucji powinno się być na zawsze SKREŚLONYM w danym środowisku. Oszuści powinni zostać ujawnieni, a ich działania - potępione. I skoro oni nie potrafią traktować poważnie innych ludzi, to nikt nie powinien traktować poważnie ich. Jak to się mówi - jak Ty komu, tak on Tobie. Nigdy nie zrozumiem celowego i świadomego oszukiwania innych, dla uzyskania... no właśnie, czego? "Szacunu" za "super wyczes"? Naprawdę warto dla tego ryzykować swoją reputację? Przecież po czymś takim już w ogóle się jej nie ma. 

O ile jednak Komisję Faunistyczną tworzą osoby mądre, wykształcone, które rozpoznają taką błazenadę, o tyle zdecydowana większość da się nabrać, bo tej wiedzy nie posiada. Na przykład władze miast, gmin... czy naprawdę ktokolwiek spodziewa się tego, że tam znajdą się osoby znające się na przyrodzie? Takie osoby można dużo łatwiej wprowadzić w błąd, i mimo że to, co piszę, wydaje się surrealistyczne, to się, niestety, dzieje. 


Wiecie, jak trudno jest cokolwiek uzyskać wśród takich władz? Próbowałam kilka lat temu zaproponować projekt tablicy edukacyjnej przedstawiającej gatunki ptaków stwierdzonych w moim ukochanym parku. Tym, co uważałam za wariant idealny było co najmniej kilka tablic, na których można by zamieścić coś więcej, aniżeli tylko zdjęcia tych ptaków. Chciałam jakoś to opisać, przedstawić. Spotkałam się z urzędniczym betonem - nie, bo coś tam, konserwator zabytków się nie zgadza, blablabla. W końcu jakieś wstępne rozmowy, o których nawet nie dowiedziałam się w porę (powiadomiono mnie jednym mailem, nic więcej...) - miały dotyczyć jednej tablicy. Ale wszystko stanęło w martwym punkcie. Niestety, nie ma to sensu. 

Dlatego szlag mnie trafił, jak dzisiaj zobaczyłam wysryw wyobraźni z AI przeniesiony na tablicę "edukacyjną" ze ścieżki "dydaktycznej". Chciałam postawić tę tablicę, żeby nikt nie postawił tam przede mną jakiegoś syfu pełnego bzdur. Teraz muszę jeszcze się obawiać, czy nie znajdzie się ktoś, kto postawi tam gówno z nieistniejącymi kreaturami. Cóż, tak na pewno jest łatwiej. Szybciej, taniej. Nie trzeba w ogóle się wysilać, by znaleźć kogoś, kto użyczy swoich zdjęć. Nie trzeba robić swoich, nie trzeba nawet mieć aparatu. Ba. Nie trzeba nawet wiedzieć, jak wyglądają ptaki. 

A ile kasy na to gówno poszło, to już nawet nie chcę sobie wyobrażać... Myślałam, że to, co postawiono w Majdach nad jeziorem Wulpińskim, to szczyt szczytów. Dzisiaj ten szczyt został przebity. Wróbel podpisany jako "zięba" i skowronek jako "strzyżyk" chowają się przy sztucznie wygenerowanej modrosójce błękitnej mającej być "sójką zwyczajną" (jak zwykle z tym cholernym "zwyczajnym"! jakby istniały ptaki nadzwyczajne...) i czymś, co nawet do końca nie wiem, czym jest, a miało być wilgą. 
Kur. Wa. 
Tego nie da się kulturalnie skomentować. 



I czy naprawdę, ktoś tam nie ma tych 2IQ, żeby zobaczyć, jak wyglądają polskie sójki i wilgi? 

niedziela, 19 stycznia 2025

Pseudopomoc i pseudomiłość

Ludzie kochają zwierzęta i każdy chce im pomóc. Zwłaszcza takim, którym dorobi się ckliwą historyjkę, jak to potrafi najlepiej pewna fundacja z Podkarpacia, zachęcając przy tym do wpłacania tysięcy złotych na zbiórki, które nigdy nie ujrzą swojego końca. Zwłaszcza takim, które dobrze się sprzedadzą, które są medialne. O takiej fundacyjnej patologii można by się długo rozpisywać. O ich nieudolności zwłaszcza. I obiecuję, że kiedyś o tym skrobnę jakiś dłuższy tekst. Dzisiaj chciałabym jednak poruszyć temat ogólny, jakim jest pomoc dla zwierząt. I to, że w wielu przypadkach, nie ma ona nic wspólnego z pomocą, a tak naprawdę jest działaniem na ich szkodę. W jaki sposób działają im na szkodę? Pozwalając im żyć. Owszem, każde zwierzę chce żyć. SZCZĘŚLIWIE żyć. Jeżeli nie będzie mogło być szczęśliwe podczas tego życia, to jego życie nie ma sensu. Wiele osób tego nie rozumie i na siłę pomaga rannym, schorowanym zwierzętom w imię... no właśnie, czego? Własnej satysfakcji, że się "pomaga", chociaż tak naprawdę wcale się tego nie robi? Znowu mamy tutaj nasze własne JA. JA pomagam. JA jestem dobrym człowiekiem. JA robię dobre uczynki. 

A pomyślałeś/aś kiedyś, co Twoje biedne zwierzę myśli o Twojej pomocy? Pamiętaj, jesteś po to, by mu pomóc, a nie sztucznie przedłużać jego cierpienie i wegetację, którą Ty nazywasz "życiem". 


Czy uważasz, że mewa mogłaby być fajnym zwierzątkiem domowym? W końcu łapki ma takie fajne, tak śmiesznie nimi kłapie po ziemi, tak pokracznie, i w ogóle taka puszysta jest i przytulaśna. A jak jeszcze nie będzie mogła od Ciebie uciec, bo trzeba będzie jej amputować skrzydło, to już w ogóle można z niej sobie zrobić najlepszą przytulankę. Marzenie każdego, by taką mieć.

Tylko że to nadal jest dzikie zwierzę, a nie przytulanka. Ty o tym zapominasz. Albo po prostu udajesz, że o tym nie pamiętasz. Zagłuszasz swoje sumienie, bo w końcu jej "pomagasz". W końcu żyje, więc ją "ratujesz". To nic, że to nie ma nic wspólnego z ratunkiem. Tak w przypadku mewy, jak i większości innych ptaków. 

Pewnie zastanawiasz się, dlaczego ten ptak od Ciebie nie ucieka, tylko daje Ci się głaskać, i tulić, i miziać. Wcale nie dlatego, że Cię kocha, lubi i szanuje. ... on po prostu nie ma innego wyboru. Nie może przed Tobą uciec, jest na Ciebie skazany. Na swojego oprawcę, który zamiast bawić się ze zwierzęciem, bawi się zwierzęciem. Niby drobna różnice, tylko dwie litery. W rzeczywistości jest kolosalna. A skoro już ten ptak nie może od Ciebie uciec, poddaje się. Nie jest w stanie z Tobą walczyć, bo jesteś większy/a i silniejszy/a. Wie, że to nie ma sensu. Jak całe jego życie, zresztą. On stracił ten sens życia. 


Bo sensem życia ptaka jest latanie, w końcu po to ma skrzydła. Dalsze lub bliższe migracje w celu znalezienia pożywienia lub lepszego miejsca do życia w danym jego okresie. W celu rozrodu. W końcu dzięki temu, że lata, ptak może też uciec. ... no chyba, że jest podlotem, który jeszcze latać nie potrafi, wtedy ze smakiem zeżre go Twój kot, a Ty powiesz, że przecież to naturalne, że on poluje. Przecież to łańcuch pokarmowy. Tak Cię uczono. To nic, że wprowadzony przez człowieka do środowiska drapieżnik najczęściej może skorzystać z pełnej michy swojej karmy, a zwierzęta zabija nie po to, by przeżyć, ale po prostu dla zabawy. Jak większość myśliwych. 

I weź teraz wytłumacz takiej kociej mamie lub kociemu tacie, że miejsce kota, jak sama nazwa wskazuje, domowego, jest właśnie w domu. Zwyzywa Cię albo wyśmieje. Albo jedno i drugie. W końcu jego Mruczek musi się wybiegać, bo w domu się męczy. To nic, że sam przy okazji męczy i morduje inne zwierzęta. Nie będziesz go zamykać w domu, bo nie jesteś sadystą i kochasz swoje ukochane zwierzątko, a jeżeli taki/a jesteś chętna do zamykania kotów, to sam/a się zamknij w domu i zobacz, jak to fajnie. Nie będziesz ograniczać mu wolności, w końcu musi chodzić swoimi ścieżkami. Kochasz swoje zwierzątko, więc pozwalasz mu się wybiegać po okolicy. Cieszysz się, że przyniesie Ci myszkę (albo chronioną ryjówkę), albo ptaszka. Albo jaszczurkę. W końcu to dowód miłości i wdzięczności dla kochającego właściciela. 

Dla kochającego właściciela, który ma gdzieś bezpieczeństwo swojego zwierzęcia. W końcu na dworze czyha na niego wiele niebezpieczeństw. Od kretynów nadziewających kiełbasę gwoździami, żyletkami, czy rozstawiających trutki na szczury, której Twój kot też przecież może się nażreć, przez kolejnych kretynów, którzy rzucają kamieniami w Twojego kota lub z radością obserwują, jak ich ukochany Burek, Pimpek czy inny Azor goni takiego Mruczusia, po zwykłych ludzi (których też nazwiesz kretynami), którzy jeżdżą samochodem i nie zdążą zahamować, kiedy Mruczuś goniony przez Pimpka wpadnie mu pod koła. Wtedy zdrapujesz Mruczusia z asfaltu i kupujesz nową Pchełkę. W końcu lepiej, żeby żył sobie pełnią życia przez 2 miesiące, niż w bezpiecznym domu przez kilka, lub nawet kilkanaście lat. Wiesz co?

Dziwne masz postrzeganie tych wartości. Ale przecież najważniejsze dla Ciebie jest to, że Twój Mruczuś czy Pchełka sami się sobą zajmą. Żebyś Ty nie musiał tego robić, bo nie masz na to ani czasu, ani ochoty. ... może lepiej po prostu byłoby nie kupować sobie kota, zamiast go zaniedbywać? 


I tak jak kocia mama zaniedbuje kota wyrzucając go z domu, żeby w nim nie srał i nie drapał mebli, tak samo mewia mama lub mewi tata zaniedbuje mewę nie pozwalając jej żyć tak, jak normalnie mewa żyć powinna. Mewa powinna latać, a jeżeli tego nie może robić - to cierpi. I żyje w ciągłym stresie, bo tak naprawdę chciałaby od Ciebie uciec, ale nie może. Bo doskonale poradziłaby sobie bez Ciebie, gdyby tylko mogła dać sobie radę na wolności i na pewno nie przylatywałaby do Ciebie się miziać. Ale przylatuje, bo jest na Ciebie skazana. I Ty też jesteś na nią skazany/a, jeżeli chcesz się nią zajmować. Czemu to skazanie jednej strony na drugą ma służyć? Ty zagłuszasz wyrzuty sumienia, a mewa cierpi, stresuje się... wiesz, że stres sprzyja rozwojowi chorób? 

Wiesz, że tylko sztucznie przedłużasz cierpienia takiego ptaka? Nawet przy stworzeniu najbardziej komfortowych warunków, z odpowiednim żywieniem, opieką weterynaryjną - taki ptak nie będzie szczęśliwy. On cały czas będzie cierpiał, bo nie będzie mógł być sobą. Ty wstawisz na Facebooka zdjęcie grzecznego, uroczego ptaszka, który nie protestuje, gdy go przytulasz. Ptaszka, który być może jest kaleką i nie jest w stanie sam się poruszać. Tak właśnie wygląda pomoc pańci, która piszczy z zachwytu nad kolejnymi lajkami, które otrzyma od osób nieświadomych tego, jak wygląda życie takiego ptaka, jakie są jego podstawowe potrzeby. Ptaka, który zamiast być ptakiem, staje się umiętoloną przytulanką. 

Nie o to powinno chodzić w pomocy. Dla osoby pomagającej najważniejsze powinno być dobro stworzenia, któremu pomaga, a nie swoje własne. Jeżeli temu stworzeniu da się pomóc tak, żeby prowadziło normalne, szczęśliwe życie i w przyszłości powróciło na wolność - fantastycznie. Nie ma sensu skrzywiać psychiki przetrzymywanym w domu ptakom. One powinny na zawsze pozostać ptakami. Pozostać wolne, z możliwością lotu, z możliwością ucieczki od zagrożenia. Ty z nim nie polatasz, piórek mu dziobem nie przeczeszesz, nie pogadasz z nim w jego języku. 

Pomagając, kieruj się empatią, nie bambinizmem. Pomagaj wtedy, kiedy jest to realna pomoc. Pomaganie na siłę w niektórych przypadkach jest po prostu eksperymentowaniem na zwierzętach. Jeżeli nie jesteś w stanie pomóc zwierzęciu - nie utrzymuj go sztucznie przy życiu, tylko pozwól mu przestać cierpieć. W końcu zależy Ci na tym, żeby było szczęśliwe? A jeżeli podczas życia nie będzie mogło być? To, że jeden czy drugi dziki ptak jest pełen życia przebywając w Twoim domu nie oznacza, że będzie taki zawsze. Takie życie po prostu mu się znudzi, zacznie być monotonne. Przestanie być szczęśliwy widząc, że nic się w tym życiu nie zmienia. 


A wiecie co w tym wszystkim jest najgorsze? Że tacy "pomagacze" mają jeszcze czelność krytykować ośrodki rehabilitacji zwierząt, bo w nich się zwierzęta usypia. U nich nie, bo przecież nie odbiorą życia zwierzęciu, bo każde zasługuje, by żyć. Zaczyna się obrzucanie błotem jednej strony przez drugą. Naprawdę nie rozumiem tej sytuacji, kiedy osoby, którym zależy na tym samym, czyli dobrostanie ptaków, zwierząt, zaczynają wzajemnie się oczerniać, zwalczać się, zamiast współpracować ze sobą, wymieniać się spostrzeżeniami, doświadczeniami. Czy naprawdę własne ego jest dla co poniektórych ważniejsze od tego, co powinno być dla was najważniejsze, czyli pomocy poszkodowanym stworzeniom? Nie rozumiem takich wojenek. Nie wiem, skąd takie podejście. No bo... co to ma być? Jakieś zawody kto wyleczy więcej zwierząt? Szukanie konkurencji na siłę? Chciałabym, żeby w tym środowisku jeden ośrodek był dla drugiego pomocą, jeden wolontariusz wspierał drugiego. Tylko w taki sposób osiągniecie swój wspólny cel i pomożecie większej ilości żywych istot. Chyba na tym wam zależy, prawda? 



Dla uwagi - mewa srebrzysta z helskiej plaży. Taka, która może szczęśliwie i godnie żyć. Samodzielnie się pożywiać. I odlecieć, kiedy uzna, że starczy już tych fotek, babo. 

czwartek, 2 stycznia 2025

Coroczny koszmar noworoczny

Trudno jest być miłośnikiem ptaków, ogólnie zwierząt w dzisiejszych czasach. Nawet bardzo trudno. Jeszcze trudniej jest być po prostu przyzwoitym człowiekiem. Wielu osobom się to nie udaje. Część twierdzi, że kocha zwierzęta, jednak nie widzi tego, że tak naprawdę znęcają się nad nimi. Inna część nawet tego nie udaje, po prostu ma to tam, gdzie plecy kończą swoją szanowną nazwę, a światło nie dociera. Większość ma w tym samym miejscu wszelakie reguły obowiązujące w danym miejscu, różne regulaminy, a nawet panujące w państwie prawo. Po co przestrzegać jakiegoś prawa, skoro można samemu tworzyć sobie własne? Wszędzie jakieś usprawiedliwienia swoich czynów, przeinaczanie faktów. I wszechobecna nienawiść kierowana w stronę normalnych ludzi, którzy po prostu chcą sobie spokojnie żyć. W zgodzie ze swoimi wartościami, w zgodzie z naturą. 

Spotykam się z takimi osobnikami codziennie, chociaż naprawdę nie chcę. I coraz trudniej jest mi to wszystko ignorować. Im bardziej poznaję ludzi, tym bardziej zaczynam nimi gardzić. Coraz bardziej mam ochotę wykrzyczeć temu czy tamtemu, i całemu światu, co o nich myślę. Starzeję się? Być może. Skoro nawet wino i zupa grzybowa zaczęły mi smakować... może jeszcze i jajko zacznie, wtedy to już naprawdę nastąpi koniec świata. A może po prostu w miarę starzenia zdaję sobie sprawę, że to nie ja jestem jakaś nienormalna? 


Koniec roku to już w ogóle ciężki czas dla zwierząt. Wszędzie pełno kretynów, którzy mają za nic ich życie. Większość za nic ma również życie ludzi. Zawsze tylko JA, JA, JA. JA muszę sobie postrzelać petardami. JA muszę się dobrze bawić. JA chcę pooglądać fajerwerki. Człowieku. Istoto rozumna. Nie myśl tylko o sobie. Pomyśl czasem także o innych. Tak, ja wiem, że to jest bardzo trudne, a dla większości wręcz niemożliwe do zrobienia. Ale chociaż spróbuj. Spróbuj pomyśleć.

O Twojej ciężko schorowanej, znerwicowanej sąsiadce, która nie może się denerwować, bo może to być niebezpieczne dla jej zdrowia i życia. 

O dzieciach Twoich kumpli z naprzeciwka, które mogą po prostu bać się potężnego huku, zacząć panikować, wpaść w histerię. 

O Twoim znienawidzonym znajomym, przybyłym z kraju, z którego uciekł przed wojną, dla którego każdy wybuch to powrót do tej traumy. 

O zwykłym człowieku, który po prostu ma prawo do życia w świętym spokoju, a Ty mu tego odmawiasz. W imię swojej chorej przyjemności.

Bo musisz sobie postrzelać. Czy naprawdę to jest dla Ciebie najważniejsze? 


* JEB *


Kolejna petarda właśnie wybuchła mi za oknem. To nic, że podobno według prawa można nimi napierniczać wyłącznie w Sylwestra i w Nowy Rok. Ludzie robią to tydzień wcześniej i kilka dni później. Bo mają w dupie prawo. Bo mają w dupie wszystko. Tylko JA. JA. JA. Tylko to co JA chcę, tylko to co JA robię się dla mnie liczy. Nic innego mnie nie obchodzi. Nie obchodzi mnie to, że zwierzęta się boją. Nie obchodzi mnie to, że ludzie się boją. JA się dobrze bawię. 

A ja podskoczyłam na krześle, mimo że wiem, że kretyni strzelali, strzelają i będą strzelać. To nie tak, że się jakoś bardzo boję. Po prostu kiedy siedzę sobie w ciszy, w spokoju w swoim pokoju, wyłączam głowę, nie reaguję na bodźce z zewnątrz. Taki nagły huk wywołuje u mnie bezwarunkowy odruch. I wiesz co?

Nie tylko u mnie. 


Pomyśl teraz o zwierzętach. Jest ciemno, one śpią. I nagle... budzą się. Gwałtownie. Nie wiedzą co się dzieje. Wpadają w panikę. Lecą na oślep. Nie widzą przeszkód. Nie są w stanie ominąć części z nich. Rozbijają się. Niektóre ponownie zasną. I już się nie obudzą. Inne będą konać w mroku nocy. W samotności. 

Będą konać tylko dlatego, że Ty chciałeś/aś się dobrze bawić. 

Będą uciekać tylko dlatego, że dla Ciebie liczy się Tylko Twoja osoba. 

Będą się rozbijać tylko dlatego, że lubisz sobie postrzelać. 


Ten myszołów gdzieś z okolic Wałcza, który rozbił się o drzewo, bo uciekał w nocy na oślep. Zawieziony aż do Kościana, ale przy obrzęku mózgu nawet najlepsi ratownicy nie dali rady uratować jego życia.

Te 600 jerów w Bułgarii. Całe stado zginęło, bo ktoś chciał się dobrze bawić. 

Sarna z ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt, która w panice wpadła na ogrodzenie swojego wybiegu.

Wiewiórka, sokół wędrowny i pustułka z tego samego ośrodka, które, tak po prostu, padły na zawał. Których serduszka nie wytrzymały tego huku. Bo jakiś kretyn nie potrafi uszanować tego, że w jego sąsiedztwie znajduje się ośrodek rehabilitacji dzikich zwierząt. Bo strzelanie jest ważniejsze. 

Dziesiątki psów, który wystraszyły się podczas spaceru i zaczęły biec jak najdalej od źródła zagrożenia. Niektórych z nich ich właściciele nie odnajdą już nigdy. 

Kolejne psy i koty, które tak bardzo boją się huku, że chowają się w szafach, uciekają pod stoły. Którym trzeba dawać jakieś tabletki uspakajające. Z którymi trzeba się zamykać w łazience. I które ze strachu całą tę łazienkę zasikają. 

Albo te, które boją się tak bardzo, że zamierają w bezruchu, bo nie są w stanie nic zrobić. Nie są w stanie uciec. Pewnie uznasz, że nic im się nie dzieje, w końcu nie reagują. 

Zwyczajny gołąb, który w środku dnia siedzi na ziemi skulony, 5 minut po wybuchu kolejnej petardy. Może właśnie przeżywa ostatnie chwile swojego życia? 

Ale kogo to obchodzi? W końcu zawsze możesz napisać, że sam/a masz obrzęk, że to fotomontaż, że bujda na resorach, bajeczki dla naiwnych. Że do jednego zdjęcia dorabia się pięć różnych historii. Że ważniejszym problemem są wszędzie wałęsające się koty, szopy pracze. Że od aut zwierzęta też giną, to może zakazać jeżdżenia samochodem. Że samoloty i burza też robią hałas, i jakoś nikt o to nie robi rabanu. Że gdzieś jest wojna i zwierzęta też się boją, i nikt z tym nic nie robi. Że jesteś pieprzonym hipokrytą, bo tak bardzo przejmujesz się życiem jakiegoś ptaka, a jesteś za aborcją. Że to tylko jeden raz w roku, więc nie przesadzajcie. Że przecież świat jest dla ludzi, więc kogo obchodzą jakieś tam zwierzęta? W końcu nie są ludźmi, władcami tej planety, tylko gorszym sortem żywych istot. 

W końcu liczy się tylko to, że zabawa była przednia. 

Ty już nie możesz się doczekać kolejnego Sylwestra, żeby znowu sobie postrzelać. Zrozpaczeni właściciele zwierząt szukają swoich zaginionych pupili. Płaczą po tych, które nie przeżyły tej nocy. Ośrodki rehabilitacji zwierząt liczą straty. Tyle kasy włożonej w ich leczenie, żeby to wszystko przeminęło z kilkoma fajerwerkami. Tyle kasy utopionej w błoto. Po co chronić zwierzęta, skoro ktoś ma je gdzieś? 

Ale ludzi to nie obchodzi. Ludzie nie chcą, by one żyły. Ludzie chcą tylko swojej rozrywki. 



Ten przerażony gołąb też ich nie obchodzi. 


środa, 1 stycznia 2025

Mój Mały Wielki Rok

Od kilku lat ptasiarze w całej Polsce biorą udział w Wielkim Roku. To taka zabawa, która trwa cały rok i podczas której Twoim celem jest zaobserwowanie jak największej liczby gatunków ptaków w kraju. Niektórzy dla zrealizowania tego celu obmyślają strategię już na kilka miesięcy przed nastaniem nowego roku, tworzą listy gatunków, które należałoby spotkać w danym miejscu o określonej porze, planują dalsze wyjazdy z dużym wyprzedzeniem, po czym biorą całoroczne urlopy i jeżdżą dzień w dzień, odwiedzając wszystkie znane miejscówki w kraju i czekając na wieści o pojawieniu się jakiegoś rarytasu, dla którego w jedno miejsce w Polsce zjedzie się pół ptasiarskiego kraju. Inni zapisują się do tej zabawy, żeby po prostu się sprawdzić, może zmotywować do tego, by częściej udawać się na obserwacje ptaków, nawet jeśli miałoby to oznaczać codzienne spacery wokół swojego własnego domu. W taki sposób też przecież można odkryć coś ciekawego. 

W tym roku już piąty raz biorę udział w tej zabawie, ale tak bardziej na poważnie potraktowałam ją tylko w pierwszym roku, to jest 2020, kiedy to naprawdę trochę pojeździłam za ptakami, głównie po Wielkopolsce, no i byłam sześć razy nad morzem. Do tego trochę dolnośląskiego i kujawsko - pomorskiego, jakieś pojedyncze wyjazdy w mazowieckie czy łódzkie (a, nie, wróć, modry wróbel to były aż cztery wyjazdy, podczas których udało mi się zaobserwować ptaka przez jakieś 15 sekund). Zdaję sobie sprawę z tego, że nie mam ani możliwości, ani pewnie i cierpliwości, żeby bić się o zwycięstwo, chociaż wykręcenie wyniku 232 gatunków w tamtym roku, przy zakładanym celu, żeby pierwszy raz w życiu osiągnąć 200, to było naprawdę coś. Życiówki wlatywały tu i tam. 

Ale wtedy paliwo było tańsze. 


Od jakiegoś czasu już słyszałam, że powinnam więcej ruszać się z domu. Jako że jednak jestem grubą, leniwą bułą, nie potrafiłam się przemóc i tego zrobić. Mówiłam sobie czasem, że w tym tygodniu chciałabym podjechać do parku, czy gdzieś... ale na myśl o tym, że trzeba się ciepło ubrać, przejść kawałek z buta na autobus lub tramwaj... odechciewało mi się i w większości przypadków ostatecznie wygrywała opcja spanko. Wszystko to przecież strata cennego czasu i jeszcze cenniejszej energii, lepiej poleżeć w ciepłym łóżeczku, pooglądać telewizję, zwyzywać głupią deskę z łóżka za to, że spadła trzeci raz w ciągu tygodnia. Przewrócić się na drugi boczek, ułożyć głowę na wygodnej, mięciutkiej podusi, przymknąć oczka... i obudzić się jakoś o 14. 

No chyba, że mam gdzieś jechać z kimś, wtedy wstać jest jakoś łatwiej. Bo wtedy nie chcesz zawieść znajomej osoby i wiesz, że po prostu musisz. Dominuje ekscytacja, a nie "eee, przecież tam nic nie będzie". Cieszę się na myśl, że będę mogła pogadać z kimś na jedyne tematy, o których potrafię rozmawiać, czyli o ptakach. No dobrze, o sporcie też jestem w stanie trochę powiedzieć. I trochę o celebrytach, jak przypadkiem mignie mi jakieś info w Internecie. O ptakach jednak jestem w stanie gadać godzinami, ptaki zabijają mój introwertyzm. 

Dzięki ptakom bowiem otworzyłam się na nieznane, odkryłam nowe możliwości, podjęłam się w mijającym roku realizacji kilku projektów, z których niektóre wydawały mi się zupełnie szalone. Wszystko to dało mi masę radości i wiem już, że chcę to kontynuować. Swoje pierwsze kroki jako przewodnik... nie, to za duże słowo, jako oprowadzacz małej wycieczki po parku w celu oglądania ptaków, podjęłam już w 2023 roku, jako "pomoc" dla głównego przewodnika. W 2024 roku, w styczniu po raz pierwszy odważyłam się oficjalnie poprowadzić spacer z okazji liczenia ptaków zimujących, połączony z edukacją przybyłych na niego miłośników, no i spodobało mi się to tak bardzo, że w ciągu roku poprowadziłam jeszcze dwa takie mniejsze spacerki - zupełnie luźne spotkania z ludźmi, którzy mają podobne zainteresowania i chcieli miło spędzić czas podglądając ptaki w parku. 🙂 Chociaż na początku bałam się straszliwie, że albo ktoś mnie wyśmieje, że gadam głupoty, albo opieprzy, że się wymądrzam, chociaż bałam się, że ktoś zagnie mnie pytaniem, na które nie będę znała odpowiedzi - nie żałuję ani trochę tego, że zaczęłam te spacery organizować. Poznałam przemiłych, wyrozumiałych ludzi, to naprawdę daje energię do tego, by dalej to robić. W końcu mogłam jakoś bardziej zacząć się realizować w tym, co lubię robić. 

Zawsze myślałam, że nie potrafię liczyć ptaków, dlatego kiedy pierwszy raz zaproponowano mi udział w liczeniu ptaków zimujących w miastach, odpisałam, że ja się do tego nie nadaję... jednak postanowiłam mimo wszystko spróbować. Po kilku dniach byłam tak zmotywowana do podjęcia się tego zadania, że oprócz zwykłego "kwadratu" w okolicach domu, postanowiłam również policzyć ptaki w moim ukochanym parku. Dobra lekcja z organizowania sobie czasu i planu - tak wszystko zaplanować, żeby liczenie trwało godzinę, a nie dwie i pół godziny, lub dla odmiany 20 minut. 🙂 To teraz jeszcze muszę nauczyć się szacowania liczebności, żeby nie musieć się za każdym razem pytać innych "ej, a ile tych gęsi tam właściwie było, bo bym chciała na ornitho wpisać?". 


W tym trwającym już roku zostałam zmotywowana do podjęcia się nowego projektu, który nazwałam sobie Mały Wielki Rok. Mój projekt nie zakłada tego, żeby zaobserwować jak najwięcej gatunków ptaków w ciągu roku (chociaż to oczywiście będzie miły bonus. który pewnie przyjdzie samoistnie), ale żeby spędzić jak najwięcej czasu, jak najwięcej dni, obserwując ptaki. Głównym celem jest dokładniejsze poznanie okolic swojego własnego domu, bo mam wrażenie, że nie znam ich zbyt dobrze, jeżeli chodzi o ptasi potencjał. Podczas liczenia ptaków zimujących w moim "kwadracie", czyli dokładnie wokół domu odkryłam, że mam całkiem fajne gatunki znacznie bliżej, aniżeli mi się wydawało, że mogłabym mieć. Oczywiście, że mysikróliki czy strzyżyki to żaden rarytas w skali ogólnokrajowej, jednakże mi ich obserwowanie zawsze daje wiele radości. Cieszy każdy gil, cieszą kawki z podgatunki soemmerringii oraz mewy siwe. Nigdy bym nie pomyślała, że tych ostatnich mam pod domem aż tyle. Cóż, wkręciłam się w te liczenia i stwierdziłam, że w sumie to chętnie bym je jakoś kontynuowała. W końcu to zawsze godzina mile spędzonego czasu, robiąc to, co lubię, co mnie naprawdę kręci. 

Więc dlaczego mam to robić raz na tydzień czy na dwa, skoro mogę częściej i nie wymaga to ode mnie wiele wysiłku, ani poproszenia kogoś znajomego, żeby zabrał gdzieś ze sobą pasożyta bez prawa jazdy? Ok, miejscem położonym najbliżej mojego domu, które mogę nazwać ptasią miejscówką, jest mój ukochany Park Sołacki, ale i żeby do niego się dostać, muszę przejść te 8 - 10 minut z buta na przystanek autobusowy i przejechać kilka tych przystanków. Żeby dostać się nad słynną, zwłaszcza z powodu pojawiających się tam ciekawszych gatunków mew, Maltę, muszę natomiast przejść z buta minut 15, wsiąść do tramwaju linii numer 6, a nie innego, jak to już mi się raz udało, i tłuc się w nim przez kolejne pół godziny, lub dłużej. Sentymentalna podróż, bo tą że właśnie "szóstką" jeździłam dzień w dzień do liceum i na studia... No i bym zapomniała o jednym, kluczowym utrudnieniu w tym wszystkim.

Czyli o tym, że panicznie boję się psów. Bez różnicy jaka rasa, każdego staram się omijać szerokim łukiem i żadne argumenty o tym, że Fafik nie gryzie nie są w stanie mnie przekonać do tego, by jakoś się do nich zbliżyć. Boję się ich od zawsze, a i z przeszłości mam kilka nieciekawych wspomnień. Biorąc pod uwagę moją fobię, wolę się sama nie zapuszczać w jakieś dziksze tereny, typu lasy czy jeziora. Już wystarczy mi to, że mam ich potąd w parku. A i w lesie jeszcze są kleszcze... nie, podziękuję za tych małych pasażerów. Zostaje mi więc jeżdżenie co jakiś czas we wcześniej wymienione miejscówki, no albo spacery pod domem. Nie chcę kasować nie wiadomo ile hajsu z karty, przynajmniej dopóki nie zacznę sama zarabiać na tyle, by móc sobie pozwolić na takie czy inne zachcianki. 


W ostatnich dniach listopada nagle coś przestawiło mi się w głowie i stwierdziłam, że podejmuję się tego wyzwania. A może raczej to Wojtek Guzik mi coś w tej durnej głowie poprzestawiał. Przez kilka dni rozmawialiśmy na temat, który mocno nas kręci - czyli o możliwościach zaobserwowania potencjalnych "jedynek" dla naszego kraju. Wojtek podesłał mi listę nieco ponad 100 gatunków, którą stworzył, były to głównie gatunki, których szanse na zasilenie listy naszej ornitofauny, uważał za największe. Zaproponował mi, żebym i ja oceniła, jak bardzo prawdopodobne jest zaobserwowanie w Polsce tych właśnie gatunków. Oczywiście, ochoczo się zgodziłam, w końcu sama sobie kiedyś podobną listę tworzyłam... tylko że moja miała ponad 300 gatunków, nawet takich najbardziej "odjechanych" jak fregaty. 😂 Albo jakaś dziwna jaskółka ze środka Afryki, która doleciała nagle do Danii. Dochodzę do wniosku, że skoro ptak już raz się kiedyś gdzieś ruszył, to zawsze może ruszyć się i drugi raz. Skoro doleciały do nas niektóre gatunki, które wcześniej dolatywały do innych państw w Europie, to mogą zalecieć i kolejne. A skoro lasówka doleciała do Rumunii, to do nas też jak najbardziej może, bo miałaby bliżej. A skoro płatkonóg trójbarwny doleciał ostatnio do Serbii czy Izraela, to u nas powinien być już parę lat temu. 

Nie lubię robić niczego byle jak, więc i tutaj nie mogłam tak po prostu wpisać cyferki od 1 do 5. Zamiast tego spędziłam dwa dni na przeglądaniu eBirda, Avibase, BirdGuides, grupy Global Rare Bird Alert na Facebooku, jak i na tym samym "Fejsie" fanpejdży informujących o pojawach rzadkości w różnych państwach Europy. Stworzyłam pokaźną rozpiskę tego, jaki ptak był widziany w jakim państwie i na podstawie tego byłam w stanie bardziej rzetelnie, a nie tylko życzeniowo, ocenić, jak realne jest to, że słowiczek rubinowy czy biegus alaskański pojawią się kiedyś w Polsce. Okazało się, że większość przypuszczeń moich i Wojtka, było ze sobą dosyć zbieżnych. Dwa czy trzy dni później stworzyłam ankietę, którą rozesłaliśmy znajomym ptasiarzom. Część typów była dość zaskakująca, ale ostatecznie wyniki potwierdziły to, co mogłoby się wydawać - wierzbówka, chwastówka, uhla pstrodzioba, jaskółka skalna czy mewa kanadyjska to gatunki, których wyczekujemy najbardziej. Sama oczywiście sobie też stworzyłam wersję deluxe tej rozpiski, z ponad 400 gatunkami, w końcu jak szaleć, to szaleć. 

Ale co to ma wspólnego z moim Małym Wielkim Rokiem? Ano to, że Wojtek będąc pod wrażeniem mojej roboty z tą rozpiską napisał do mnie słowa, które naprawdę dały mi wielkiego motywacyjnego kopa w tyłek. Że uważa, że mam naprawdę duże szanse na znalezienie czegoś fajnego, bo ogarnianie tego, co może się trafić, to chyba najważniejsza rzecz przy wyszukiwaniu rarytów. Nie ukrywam, byłoby miło, gdybym mogła w końcu pochwalić się swoim własnym odkryciem, a nie tylko czytać, że jeżdżę na twitche, zanieczyszczam środowisko spalinami i kiedy wykryję coś sama. Wojtek jednak zaznaczył, że drugą, nie mniej ważną rzeczą jest poświęcenie czasu na obserwacje. Tego mi brakowało. Biorąc pod uwagę to, że miejsce, zdaniem Wojtka, nie jest aż tak ważne, wprost mnie zachęcił nawet do wycieczek wokół domu... zachęcił, jak widać, skutecznie. 

Może żadnej rzadkości nie odkryję, ale chociaż miło spędzę czas. I schudnę. 

No i było miło po prostu przeczytać, jak ktoś Cię docenia, zwłaszcza jeśli ma się mocno zaniżoną samoocenę i nie ma się pewności siebie. Rzadko słyszę jakiekolwiek pochwały... 

Trzymajcie kciuki. 😉



Pamiątka po zeszłorocznym liczeniu. W tym roku czeka mnie takich naprawdę wiele, nie tylko zimą. 

niedziela, 24 listopada 2024

Śnieżnej anielicy listy do polarnego misia

"Cześć, Misiek.

Tak, Ty, Polarny. Do Ciebie piszę. 

Znudziło mi się w tej Arktyce, bo ile można patrzeć na śnieg, lód, foki i na Ciebie. Podjęłam decyzję, że wylatuję na wakacje. Nie wiem jeszcze gdzie. Muszę się zastanowić. Albo po prostu rzucę rybą w mapę i gdzie trafi, tam wyruszam. 

Byle żeby to nie była Portugalia, jak ostatnio. Fajne miejsce, ale dla mnie za ciepło. To były prawdziwe wczasy w tropikach, widoki all inclusive. Tylko towarzystwo jakieś dziwne. Pamiętasz zresztą, jak opowiadałam Ci o tym dużym, różowym kolesiu z powykręcanymi kolanami. Tym, co robi się różowy od tego, że żre krewetki. Dziwak. 

Niechaj więc los zadecyduję. Rzucam tą rybą."


Są takie ptaki, dla których rzuca się absolutnie wszystko, rezygnuje się ze wszelakich planów, jakie się miało, nawet jeśli wydaje się, że dość trudno jest od nich odstąpić. Wiadomo, każdy ma swoje upodobania i jednego bardziej ciągnie do dziwnych zaganiaczy z Kazachstanu, podczas gdy inni kontemplują nad pięknym jakiejś cyranki z modrym skrzydłem. Są jednak takie ptaki, które elektryzują absolutnie każdego na tyle, by przemierzyć dla niego cały kraj. Nie jest ich wiele, ale miałam już okazję takiego zobaczyć. To oczywiście sikora lazurowa, ptak, który spodoba się każdemu, nawet osobom, które nie interesują się ptakami. Każdy powie, że jest śliczna. I będzie miał rację. 😉

A po czym poznać, że to właśnie jeden z takich ptaków? 

Po tym, że nawet nie musisz nikogo namawiać, by pojechać go zobaczyć, po prostu słyszysz "jedziemy". Jedziemy. 


Ok, umówmy się, mój tata nie należy do nie wiadomo jak wielkich miłośników wszystkich ptaków i nie za każdym chętnie by się przejechał gdzieś pod Białoruś czy nawet bliżej, choćby w dolnośląskie. Lubi jednak zerknąć na ptaki ładne, a ja lubię spełniać jego marzenia. W ten sposób zobaczył już zimorodka, potem żołnę, następnie udaliśmy się na planowaną od dłuższego czasu wyprawę w celu zobaczenia kraski. W międzyczasie widział też takie piękności jak podróżniczek czy ortolan. Duże wrażenie zrobiły na nim warzęcha i ibis kasztanowaty. Kiedy zobaczył gdzieś zdjęcie sikory lazurowej, od razu mu się zamarzyła, ale przecież nie pojedziemy dla niej gdzieś poza granice naszego kraju. Gdy tylko zaleciała kilka lat temu do Polski, sam rzucił pomysł pojechania w mazowieckie. Do dzisiaj pamiętam, jaki był szczęśliwy po ujrzeniu tego cuda. 

Ale kiedy przy znajomych określiłam go ostatnio mianem początkującego ptasiarza, oburzył się i stwierdził, że jest obserwatorem. To już poziom wyżej. 😊


* * *


"Trafiłam w Polskę. Nie wiem, gdzie to dokładnie jest, ale chyba nie ma tam aż takich upałów, więc brzmi to całkiem spoko. Udało mi się nawet rzucić tak, że trafiłam w okolice nad morzem. To dobrze, bo lubię wodę i nie potrafię bez niej żyć. A raczej bez tego, co żyje w niej. 

Myślisz, że mają dobrą kuchnię w tej Polsce? Władysławowo. O, mają tam jakieś knajpy. Zobaczymy wkrótce, co dobrego mi zaserwują."


Wieczorem 23 listopada ogarniałam sobie na Facebooku Identyfikację Ptaków, kiedy to kilka minut po 20 w grupie pojawił się post, który zelektryzował całe środowisko ptasiarzy w Polsce. Oto bowiem młody miłośnik ptaków, zaledwie CZTERNASTOLETNI (!) Kuba Racinowski wrzucił nam na grupę zdjęcie... mewy modrodziobej. Mało tego, ptak miał zostać zaobserwowany w Polsce, a konkretnie w porcie we Władysławowie. Mewa w porcie, nic szczególnego, pewnie powiecie. Ale nie TAKA mewa. Początkowo podchodziliśmy do tej obserwacji dość nieufnie. Podesłałam od razu link do posta Zbigniewowi Kajzerowi, a on rozpoczął dyskusję na "helskim" czacie. Szok był niemały, zaczęto analizować każdy szczegół zdjęcia, doszukując się dowodu na to, że jest "fejkiem". Kiedy tychże dowodów nie znaleziono, dopiero do wszystkich dotarło, co się właśnie dzieje... 

Mewa. modrodzioba. w. Polsce.


Podreptałam do sąsiedniego pokoju i rzuciłam rodzicom, że no, jest ptaszek i to konkretny. Nazwa mewa modrodzioba nie mówiła im jednak nic, a na myśl o kolejnym wyjeździe nad morze, kiedy ostatni w tym kierunku był tydzień temu - entuzjazmu na twarzach nie zauważyłam. Włączyłam więc eBirda i pokazałam im zdjęcie tej piękności. I już widziałam, że tacie ona się spodobała. BARDZO mu się spodobała. Nie mówiąc nic więcej, nie zaczynając żadnej dyskusji o ewentualnym wyjeździe, wróciłam do pokoju i czytałam, jak rozwija się Facebookowa dyskusja. Ludzie szaleją, jasne jest już to, że następnego dnia port we Władysławowie przeżyje prawdziwe oblężenie ptasiarzy. 😂 


Cóż, mieli powód, by się tak zachowywać. Mewa modrodzioba to gatunek, którego w Polsce po prostu nie spotykamy. Jej środowisko naturalne to Arktyka. Śnieg, lód, zimno i misie polarne. Poza swoje naturalne miejsce występowania zapuszcza się rzadko, chociaż zdarzyły jej się nawet wielkie wakacje w portugalskich tropikach. W naszym kraju do tej pory widziano ją tylko raz, we wrześniu 1989 roku w Rewie, w locie, nie wykonano wówczas żadnej dokumentacji tego ptaka. Zdjęcia Kuby, który zamieścił po niedługim czasie dwa kolejne ujęcia ptaka, były więc pierwszymi zdjęciami tego gatunku w Polsce. Gratulacje, Kuba! Warto dodać, że ten młodziutki ptakolub ma już na swoim koncie obserwację birginiaka. Dwa takie gatunki w takim wieku... marzenie każdego dzieciaka z ornitologiczną zajawką. 


* * *


"Wylądowałam. Jest całkiem przyjemnie. Woda nie jest ani za ciepła, ani za zimna, jest taka w sam raz. Natrafiłam tu na kilka dalekich kuzynek, z którymi nawet mogę porozmawiać w mewim języku. Kuchnia też całkiem, całkiem. Podwędziłam śmiesznej kuzynce flądrę, zrobiłam minę niewiniątka i mi wybaczyła. To zawsze działa."


Zaczynam cholernie zazdrościć wszystkim, którzy w niedzielę dostąpią zaszczytu obcowania z tą pięknością, bo wiem, że mi to nie będzie dane. W końcu mieliśmy jechać do Milicza po karpie, rodzice nawet byli dogadani z kilkoma znajomymi, że im też je przywieziemy. Nie minęło jednak zbyt wiele czasu, gdy do pokoju wparadowała mi mama z pytaniem:

- Dużo osób jutro się tam wybiera? 

Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że na oko tak z pół kraju. 

- No to ciesz się, bo Ty też.

Miałam wtedy tylko takie... Co?

- Tata podjął decyzję, że jedziemy. 

Byłam szczęśliwa, ale jeszcze bardziej zaskoczona. Na pytanie co z karpiami, bo w końcu mieliśmy po nie jechać, usłyszałam, że pojedziemy po nie innym razem.


Aż tak mu się ta mewa spodobała. Więc to będzie niezły spontan, zupełnie jak w przypadku lazurowej piękności. A szaleństwo trwa, bo po godzinie 22 na helskim czacie pojawia się informacja, że mewa dalej tam siedzi. I jest nawet zdjęcie. W porcie nie ma egipskich jak gęsiówka ciemności, są lampy, które go oświetlają. Pod jedną z nich postanowiła przekimać się także nasza pożądana przez całą ptasiarską Polskę mewcia. Została tam na noc, więc jest spora szansa, że rano jeszcze tam będzie. A z tego co widzę, są i tacy wariaci, którzy planują ją odwiedzić jeszcze w nocy. My aż tak szaleni nie jesteśmy i planujemy wyjechać około 3 rano, by być mniej więcej na 7. 


Więc jedziemy, zgodnie z planem. Postanowiłam sobie, że tym razem nie będę zerkać w telefon podczas drogi, żeby się nie zrzygać w samochodzie, jak to ostatnio prawie mi się udało. Zaglądam tylko raz, kiedy zaliczamy postój na MOPie pod Świeciem. Okazuje się, że faktycznie, ludzie nawet w nocy byli obserwować mewę. Wpis przed 4 - mewa dalej obecna na miejscu. Kolejny po 6 z informacją, że lata po porcie. Ale cały czas jest. Pozostaje tylko dotrzeć na miejsce i nacieszyć swoje oczy jej widokiem.


* * *


"Misiek, tu się robi jakoś dziwnie. Pełno tu jakichś cudaków na dwóch nogach i większość z nich ma takie śmieszne puszki, które błyskają światłem. Chyba robią mi zdjęcia. U nas czasem też takich widzę, ale nie aż tylu. Krzyczą, skaczą, tańczą, cieszą się. Nie wiem, co się dzieje. I mam wrażenie, że wszyscy patrzą tylko na mnie. A co ja, jakaś gwiazda jestem? Ja jestem zwykła prosta mewa."


Dojeżdżamy równo o 7 pod port i ruszam prosto do niego. Witam się z całą wesołą grupą obserwatorów, a po chwili słyszę tylko O, O, O, LECI. I rzeczywiście. Było jeszcze stosunkowo ciemno w porcie, z pewnością za ciemno dla mojego P900. A ona przemknęła obok nas niczym zjawa. Biała jak śnieg, i chociaż inne mewy też są w większości białe, to żadna tak nie rzucała się w oczy jak ona. Ona praktycznie świeciła w tych ciemnościach. Robi ogromne wrażenie, nie tylko na mnie. Robię pierwsze słabe zdjęcia, jakość trochę lepsza niż typowe zdjęcie z P900 w locie. W sumie, to nawet wychodzi w miarę ostro. Tylko że tak trochę... rzekłabym, artystycznie...



Nagle przemknęła w ciemności niczym anioł, niesamowita, jedyna taka w swoim rodzaju, mewa modrodzioba (Pagophila eburnea). Jedyna w rodzaju dosłownie, i w przenośni. 


Po zrobieniu pierwszych zdjęć wdaję się w krótkie pogawędki z dawnymi znajomymi i tymi, którzy teraz też już są znajomymi. Niektórzy są tu od wczesnych godzin porannych, inni przyjechali całkiem niedawno. Wszystkich zwabiła niezwykła uroda tej mewy. Mamy bowiem do czynienia z ptakiem, który jest po prostu całkowicie biały. Na tle tej śnieżnej bieli wyróżnia się jedynie jej czarne oko i równie czarne nogi, których jednak jeszcze nie było mi dane zobaczyć. Podobnie jak obejrzeć z bliska tego modrego dzioba, któremu zawdzięcza swoją nazwę. 

Postanawiamy się trochę wycofać, licząc na to, że mewa gdzieś na chwilę przycupnie. Długo nie musieliśmy czekać, bo robi to niemalże natychmiast. Siada na murku, na którym wczoraj pozowała do zdjęć Kubie. Jestem coraz bardziej oczarowana tym wyjątkowym ptakiem, jest naprawdę pełny uroku. Ma przepiękny, niebieskawy dziób z żółtawą końcówką - rzadko spotykane połączenie. Idealnie pasuje do surowego krajobrazu skutej lodem Arktyki. Tam pewnie jest niemalże niewidoczna, tutaj od razu wyróżnia się na tle żółtego murku i kutrów rybackich. 
 


Mewa w pełnej okazałości - duch tego portu, cały jakby ze śniegu.

* * *

"Słuchaj no, Polarny, czuję się jakoś ekskluzywnie. Jak jakaś celebrytka. Tyle paparazzi jeszcze nie spotkałam w swoim życiu. Robią mi zdjęcia dosłownie w każdej chwili, nie ważne czy stoję, czy lecę, czy sobie wchodzę do wody trochę popływać. Nigdy się z czymś takim nie spotkałam. W Portugalii też ich kilku było, ale tutaj to istne szaleństwo."

Mewę obserwuje także mój tata i widzę, że rzeczywiście bardzo mu się podoba. Wszystkiego Najlepszego z okazji urodzin, oto Twój prezent, który sam sobie sprawiłeś. Przyszedł o dwa dni za wcześnie, ale chyba może być, prawda? 😉 Do portu przychodzi nawet mama, która także zdecydowała się na zobaczenie mewy. Gdy ją widzi, stwierdza, że wygląda, jakby wpadła do wybielacza... coś w tym jest. Mewa pływa przy jednym z kutrów, nawet dwa razy udaje jej się wyłowić z wody jakiś kąsek. Wciąż jest jednak ciemno, a mewa świeci na zdjęciach, jakby była jakaś napromieniowana. 



Mrok listopadowego poranka i ona, lśniąca jak najprawdziwszy brylant. W sumie nim jest, brylancik polskiej ornitofauny. 


Radość ogarnia nas wszystkich i rośnie z każdą chwilą obserwowania tego niezwykłego zjawiska. Mewa przelatuje nam nad głowami, a niektórzy zaczynają fantazjować, co by było, gdyby się komuś na czapkę sfajdała. Dominują stwierdzenia, że już nigdy by nie została wyprana, w końcu mieć TAKĄ pamiątkę to prawdziwy zaszczyt. Większość przyjęłaby z godnością. W końcu nie każdemu na głowę może się zesrać mewa modrodzioba, kto tego doświadczył, niech podniesie rękę. Ona nie jest jak zwykła sroka, która tylko czyha na Ciebie, aż przejdziesz pod jakimś drzewem, żeby spuścić bombę na Twój ulubiony ciuszek. Ona wzbudza respekt jak królowa, więc i pewnie załatwia się po królewsku.

Po pewnym czasie wypływa głębiej na portowe wody, wtedy nieco się rozjaśnia i udaje mi się zrobić jej najlepsze spośród wszystkich moich zdjęć wykonanych tego dnia. Nie mają one oczywiście żadnego podjazdu do przepięknych fotografii moich znajomych, ale w końcu mam tylko starego, poczciwego Nikona P900, który ma swoje ograniczenia. To nie jest wielka lufa za grube tysiące. Jestem z tych zdjęć zadowolona. Może już nie świeci aż tak bardzo, ale nadal robi piorunujące wrażenie. Urządzam jeszcze kilka krótkich pogawędek z ludźmi, po czym powolnym i krokiem, żeby się nie wywalić na tej gołoledzi, ruszam ostrożnie w stronę naszego auta. Mogłabym pewnie czekać kolejną godzinę, albo dwie, aż znowu jakoś fajnie zapozuje, ale w sumie po co? Emocji mam aż potąd, i nikt mi ich nie odbierze. Jeszcze długo będę powracać do tych chwil, tego jestem pewna. Takich dni jak ten nigdy się nie zapomina. 



Mewa modrodzioba. Ależ to jest niesamowitej urody ptak. 

Dziękuję wszystkim, z którymi dane było mi podziwiać to cudowne stworzenie. To była prawdziwa przyjemność móc dzielić z Wami swoją radość, ulegać emocjom. Fantastycznie spędzone chwile, bez Was nie byłyby takie same. 

* * *

"Te dziwne istoty zaczynają wznosić modlitwy do nieba, abym się na nich sfajdała. Nie wiem, co oni mają w głowach. Myślałam, że ten różowy był dziwakiem, ale oni to jakiś inny poziom. Chyba mi nie uwierzysz w tę historię, jak do Ciebie wrócę. Dziwne są te ciepłe kraje. Dziwne, ale na swój sposób fajne. Chyba jeszcze trochę tu zostanę i zobaczę, co się wydarzy. 
Byłabym zapomniała, masz pozdrowienia od siodłatej. Tak, tej, co Ci kiedyś wszamała pół foki. Ona też tu zabawia." 

Mewa modrodzioba to ptak zamieszkujący tereny arktyczne, za kołem podbiegunowym, takie jak Grenlandia czy Svalbard. To właśnie tam jeździ się, żeby podziwiać ją w naturalnym środowisku. Tym razem postanowiła jednak udać się na zimowe wczasy do ciepłych krajów. Miejmy nadzieję, że zabawi na dłużej i jeszcze więcej ptasiarzy będzie mogło nacieszyć swoje oczy jej widokiem. Tak, jak nacieszyłam je ja. 

A z tego co wiem, to kolejni Pagofile już nadciągają. Więc tak po prostu, jako dobra koleżanka, życzę Wam powodzenia. 

sobota, 16 listopada 2024

Mały talib, któremu kompas się przestawił

Koniec roku kalendarzowego to często jeden z najbardziej dzikich okresów w życiu ptasiarza. Niby jest wtedy natłok świąt, które powinny skutecznie utrudniać dalekie wojaże, a jednak praktycznie za każdym razem, co roku dzieje się coś takiego, że jedziesz te 5 godzin do Warszawy, na Hel czy do Olsztyna. Mimo że sobie obiecujesz, że to już ostatni taki większy wypad w tym roku, że trzeba przecież przygotować się do świąt Bożego Narodzenia i nie ma czasu na wyjazdy. Ach, jakże piękne są te obietnice. I jak pięknie są puszczane w niepamięć, gdy tylko jakaś skrzydlata przybłęda ze Środkowej Azji / Ameryki Północnej / Arktyki czy [tutaj wstaw dowolne miejsce na świecie, no może z wyjątkiem Ameryki Południowej i Australii, bo stamtąd to problem do Polski trafić] do nas zaleci, bo jej się wewnętrzny kompas popieprzy. I nie ma zmiłuj się, i znów przegrywasz ze swoimi słabościami, ze swoimi pokusami. Ciągoty do ptasiarstwa są zbyt silne, a Ty jesteś tylko marnym, słabym, nieasertywnym człowiekiem. Wsiadasz w auto i jedziesz. Albo liczysz na to, że ktoś Cię na ten drugi koniec Polski zabierze. W tym drugim przypadku musisz mieć albo dobrych przyjaciół, albo rodziców o anielskiej cierpliwości do Twoich chorych zachcianek. 

Mamo, tato. Dziękuję. I przepraszam, że przeze mnie rodzinne plany ciągle ulegają zmianom. Obiecuję, że to się wkrótce zmieni. I mam nadzieję, że chociaż ta obietnica dotrwa do spełnienia. 


Więc pewnie jesteście ciekawi, jakiej pierzastej istocie Polska pomyliła się z Indiami czy z... czymkolwiek gdzie przedstawiciele jego gatunku powinni zimować? No to już zaspokajam tę ciekawość. 05 listopada pozornie nic się nie działo, natomiast następnego dnia okazało się, że Mikołaj Zimiński zaobserwował i udokumentował wtedy w miejscowości Moście Błota dziwnego ptaka. Dlaczego dziwnego? Bo był zaganiaczem, a ich o tej porze w naszym pięknym kraju nad Wisłą raczej nie uświadczymy. Do tego ptak był w typie zaganiaczy z rodzaju Iduna, czyli małego, bladego... płowego lub afgańskiego - tych dwóch ostatnich jeszcze u nas nie stwierdzono. Kolejnego dnia grupa śmiałków postanowiła zmierzyć się z postawionym przed ptasiarzami wyzwaniem i znaleźć tego ptaka. Udało im się, zrobiono mu naprawdę dobre zdjęcia. Wstępnie został oznaczony jako zaganiacz mały. Fajny gatunek, ale nie będę dla niego denerwować rodziców w domu, żeby grzać o tej porze roku na Pomorze, skoro kiedyś może mi się trafi wiosną / latem, kiedy szanse na jego spotkanie są znacznie większe. 


Informacja o 18 obserwacji tego gatunku w kraju, a zarazem najpóźniejszej, jeśli patrzeć na porę roku, trafiła na polskie i zagraniczne grupy Facebookowe zajmujące się obserwacjami rzadkości w różnych państwach. No i wcześniejsze oznaczenie tego ptaka przestało być takie oczywiste, gdy eksperci z Francji i Turcji zobaczyli jego zdjęcia i odsłuchali nagrania z nim w roli głównej. Wskazali szereg cech wyglądu tego ptaka, które im niekoniecznie pasowały do "caligaty", jak i wytłumaczyli subtelne różnice w głosie pomiędzy zaganiaczem małym, a tym, czym według nich był nasz tajemniczy ptak. A według nich był zaganiaczem afgańskim. A to oznaczało, że mamy nowy gatunek dla kraju. W dodatku taki, który w ogóle rzadko zalatuje do Europy, bo z Kazachstanu czy Afganistanu mu trochę nie po drodze. Ale kiedy pochrzani mu się kompas i zamiast na południe do Indii ruszy na wschód... no to przytrafi się w Wielkiej Brytanii czy gdzieś indziej.  Teraz przytrafił się tutaj.


To chyba jednak muszę podenerwować w domu, skoro okazało się, że to jedynka. Próżne moje starania, więc zaczynam szukać, czy ktoś ze znajomych nie planuje się wybrać. No i znalazłam, wstępnie umawiając się na sobotę. W piątek przez dwie godziny z rana dopinam szczegóły wyjazdu, orientując się czy i gdzie mam podjechać, i jaki jest dokładnie plan wycieczki, czy poza obserwacją tego małego taliba planowane są jakieś inne atrakcje. Już jestem gotowa na nocny przejazd Uberem, kiedy nagle po południu okazuje się, że rodzicom się odmieniło i w sumie to chętnie by się przejechali nad morze. I weź tu ich zrozum...

Ale dziękuję pięknie. Kocham Was. <3 


* * *


No to jedziemy. Wyjazd jak zwykle w nocy, docieramy coś koło ósmej rano i na moje nieszczęście jeszcze nikogo na miejscu nie ma. Przecież ja go sama nie znajdę, bo za głupia na to jestem. Idę w miejsce, dokąd prowadzi mnie pinezka i liczę na cudowne objawienie tego talibskiego wynalazku. Obserwuję kosy, bogatki, gdzieś tam w tle jazgoczą czyże, w końcu mam grupę mysikrólików, a jeden z nich nawet daje mi nadzieję na fajne zdjęcie... ale w ostatniej chwili zmienia zdanie i zamiast fajnego zdjęcia mam fajnie poruszonego ptaka. Zaganiacza ani widu, ani słychu. Oczekuję na przyjazd silnej ekipy z Wielkopolski, której częścią miałam być, i połączenie sił. W końcu przyjeżdżają Marian z Maksem, oraz duża i mocno zmotywowana grupa z Warszawy. 


Po pewnym czasie po raz pierwszy mogę odetchnąć z ulgą - ptak nadal kręci się w tym samym szpalerze drzew i krzewów, w którym go pierwotnie znaleziono i którego trzymał się w ostatnich dniach. A przynajmniej słyszymy, że jest. Po chwili pomiędzy krzakami faktycznie przemyka nam coś szarego... a potem kolejny raz, i jeszcze jeden. I tak kilka razy, a zdjęcia nie jest w stanie zrobić nikt, bo mały spryciarz jest po prostu za szybki dla nas i dla naszych aparatów. Pokazał się każdej osobie po kilka razy, a najwięcej razy chyba mojemu tacie, który chodził sobie niedaleko, bo nie chciało mu się w aucie siedzieć. Zyskał bardzo szczególną rolę - jako że jego nasz afgański znajomy (na miano przyjaciela jeszcze musi sobie zapracować) upodobał sobie najbardziej - po prostu zaczął nas na niego naprowadzać. 


W końcu tak naprowadził Ewę, że tej, jako jedynej z całej grupy, udało się zrobić mu trzy zdjęcia. Ja doszłam chwilę później, jako druga, i już nie zdążyłam. :( Ewa przeszczęśliwa z nawiązania nowej przyjaźni z zaganiaczem (i przy okazji z moim tatą chyba też), reszcie musi wystarczyć to, że go widzieli. Na pamiątkę robimy zdjęcia tym zdjęciom, które zrobiła Ewa, chociaż to nam po nim zostanie. Ładnie widać na nich ptaka i można bez cienia wątpliwości stwierdzić, że to właśnie TEN, którego wszyscy pożądaliśmy. Wrzuciliśmy go (z odpowiednim podpisem i uszanowaniem praw autorskich, oczywiście) na ornitho, wrzucę go więc i tutaj. 


Zaganiacz afgański (Iduna rama), pierwszy przedstawiciel tego gatunku w Polsce.
Zdjęcie: Ewa Mokrzycka - Moc. 


* * *


Po jakiejś godzinie dojeżdża druga część wielkopolskiej ekipy. Informujemy ich o tym, jak trudny jest to przeciwnik, czym z pewnością ich nie zachęcamy do zmagań. No trudno. Nikt nie mówił, że będzie łatwo i przyjemnie. W skali bycia kochanym, dobrze pozującym się ptaszkiem bliżej mu zdecydowanie do modraczka, a nie białorzytki rdzawej. W przeciwieństwie do sieradzkiego dowcipnisia, ten jednak pokazywał się częściej niż raz na 4 wyjazdy, chociaż łącznie to może i by wyszło jakieś 15 sekund obserwacji, czyli mniej więcej tyle, przez ile obserwowałam tamtego dziwnego wróbla w modrych piórkach. 


Zaganiacz daje złudne nadaje, niby wydaje się, że zaczyna lepiej współpracować, bo nawet dostrzegam go gołym okiem na aż trzy sekundy i widzę go w pełnej okazałości, ale nadal jest za szybki dla aparatów. Ale dobrze widziałam jego szarawe piórka, i nawet dostrzegłam brewkę nad jego okiem. Gdy wzięłam aparat do ręki, jego jednak już nie było. Do godziny 12 lepiej już się nie pokazał, a to oznacza, że muszę wracać z tego wyjazdu bez zdjęcia ptaka, dla którego tam pojechałam. Słodko - gorzki posmak wycieczki, ale cieszy mnie to, że chociaż go widziałam w pełni świadomie i mogłam nawet dostrzec jakąś cechę jego wyglądu, a nie tylko widzieć, jak mały szary pieprzony ptaszek przeskakuje z jednego krzaka na drugi i nie być do końca pewną, czy to na pewno ten. A na pamiątkę go sobie po prostu machnę w PhotoFiltre, jak inne ptaki, które widziałam, a których zdjęć nie posiadam. Mogę go więc sobie z czystym sumieniem dopisać do swojej listy życiowej, która pomimo tego wyjazdu uległa skróceniu. 

Autorytety z całego świata bowiem w końcu uznały, że cyraneczka karolińska nie będzie już odrębnym gatunkiem, a trzy czeczotki to za dużo jak na ludzkie nerwy i lepiej będzie pozostać przy jednej. Także +1 i -3, więc finalnie wychodzi jednak na minus. x/ 



Zaganiacz afgański po mojemu. Starałam się zaznaczyć na tym rysunku dwie cechy, na które zwrócili uwagę eksperci z innych krajów - całkowicie jasną dolną żuchwę ptaka, jak i to, że brewka nie sięga mu za oko. Do tego nasz znajomy miał jakby nieco zmierzwione piórka nad tą brewką, to też upamiętniłam pojedynczą kreską. 


* * * 


Zaganiacz afgański jest gatunkiem, który występuje na terenach Azji Środkowej, jego zimowiska natomiast znajdują się bardziej na południe, na przykład w Indiach. Polska nie jest więc miejscem, w którym powinno się spodziewać go zobaczyć, ale jak wiadomo nie od dziś - ptaki mają skrzydła. I potrafią zaskoczyć. 

Czym zaskoczą nas kolejnym razem? 

wtorek, 8 października 2024

O tym jak po raz kolejny zwątpiłam w ludzkość...

Takie rozmyślania, które nasunęły mi się po dzisiejszej wizycie w parku. Trochę około obserwacji ptaków, ale myślę, że to jednak ważne...


Podczas obserwacji ptaków w parku można trafić na naprawdę różnych ludzi...

Weźmy na przykład taką grupkę trzech klnących jak szewc na oko nastoletnich sebixów, którzy chcieli trochę przykozaczyć i pogłaskać łabędzie. Niby chcieli, ale jednak się bali, a jak rzuciłam do nich, że to nie jest zbyt dobry pomysł, bo dorosłe ptaki mogą być agresywne, od razu zrezygnowali z tego szalonego pomysłu. I nagle zrobili się grzeczni, kulturalnie zagadali...

Mamy też kolejną grupkę, trzech młodych dziewczyn, które w tym samym czasie pstrykały zdjęcia tejże właśnie rodzinie łabędzi. Zagadały, widząc, że też robię zdjęcia, dowiedziałam się, że zapisały się na jakiejś warsztaty czy kurs fotografii. Pokazałam im siedzącą obok kokoszkę, życzyłam powodzenia w ich staraniach zostania fotografami.



* * *



Mamy w końcu grupę dzieci na placu zabaw, na oko przedszkolaków, pilnowanych przez opiekunki. Jedna z dziewczynek zaczyna gonić gołębie, po czym gdy te podrywają się spłoszone, krzyczy do nich NIGDY TU NIE WRACAJCIE! ... zatkało mnie totalnie widząc taki brak szacunku do przyrody.

Postanowiłam zagadać do tych opiekunek, że może warto byłoby jednak wpoić im miłość i szacunek do otaczającego nas świata. Na pytanie, czy mogę zająć chwilkę, bo mam wrażenie, że dzieci (przynajmniej niektóre) mają problem z szanowaniem przyrody usłyszałam jedynie, że ABSOLUTNIE NIE, NIE MAMY CZASU.

Cóż, może gdyby faktycznie zajmowały się tymi dziećmi, a nie pogaduszkami ze sobą i gapieniem się w telefony, nie musiałyby nawet tych dzieci upominać...

Spróbowałam jeszcze raz zagadać, mówiąc, że chyba coś tu nie tak poszło z wychowaniem, jedna z pań odburknęła mi tylko DO WIDZENIA.

Dzisiaj po raz kolejny zwątpiłam w ludzkość. :(



* * *



Kochani, jeśli macie dzieci, nie czekajcie z tym, by pokazać im, że przyroda jest fajna, że ptaki są fajne. Później może być już za późno. Widziałam już nie raz starsze dzieci rzucające kamieniami w kaczki czy gołębie... temu można zapobiec, jeśli odpowiednio wcześnie zainteresuje się je przyrodą. Jak widać na powyższym przykładzie, niektóre opiekunki są nimi chyba tylko za karę, i szczerze wątpię, by takie kwestie jak ta w ogóle je interesowały. :(


Kokoszka. Dokładnie ta sama, którą pokazałam tym sympatycznym amatorkom fotografii.