Koniec roku kalendarzowego to często jeden z najbardziej dzikich okresów w życiu ptasiarza. Niby jest wtedy natłok świąt, które powinny skutecznie utrudniać dalekie wojaże, a jednak praktycznie za każdym razem, co roku dzieje się coś takiego, że jedziesz te 5 godzin do Warszawy, na Hel czy do Olsztyna. Mimo że sobie obiecujesz, że to już ostatni taki większy wypad w tym roku, że trzeba przecież przygotować się do świąt Bożego Narodzenia i nie ma czasu na wyjazdy. Ach, jakże piękne są te obietnice. I jak pięknie są puszczane w niepamięć, gdy tylko jakaś skrzydlata przybłęda ze Środkowej Azji / Ameryki Północnej / Arktyki czy [tutaj wstaw dowolne miejsce na świecie, no może z wyjątkiem Ameryki Południowej i Australii, bo stamtąd to problem do Polski trafić] do nas zaleci, bo jej się wewnętrzny kompas popieprzy. I nie ma zmiłuj się, i znów przegrywasz ze swoimi słabościami, ze swoimi pokusami. Ciągoty do ptasiarstwa są zbyt silne, a Ty jesteś tylko marnym, słabym, nieasertywnym człowiekiem. Wsiadasz w auto i jedziesz. Albo liczysz na to, że ktoś Cię na ten drugi koniec Polski zabierze. W tym drugim przypadku musisz mieć albo dobrych przyjaciół, albo rodziców o anielskiej cierpliwości do Twoich chorych zachcianek.
Mamo, tato. Dziękuję. I przepraszam, że przeze mnie rodzinne plany ciągle ulegają zmianom. Obiecuję, że to się wkrótce zmieni. I mam nadzieję, że chociaż ta obietnica dotrwa do spełnienia.
Więc pewnie jesteście ciekawi, jakiej pierzastej istocie Polska pomyliła się z Indiami czy z... czymkolwiek gdzie przedstawiciele jego gatunku powinni zimować? No to już zaspokajam tę ciekawość. 05 listopada pozornie nic się nie działo, natomiast następnego dnia okazało się, że Mikołaj Zimiński zaobserwował i udokumentował wtedy w miejscowości Moście Błota dziwnego ptaka. Dlaczego dziwnego? Bo był zaganiaczem, a ich o tej porze w naszym pięknym kraju nad Wisłą raczej nie uświadczymy. Do tego ptak był w typie zaganiaczy z rodzaju Iduna, czyli małego, bladego... płowego lub afgańskiego - tych dwóch ostatnich jeszcze u nas nie stwierdzono. Kolejnego dnia grupa śmiałków postanowiła zmierzyć się z postawionym przed ptasiarzami wyzwaniem i znaleźć tego ptaka. Udało im się, zrobiono mu naprawdę dobre zdjęcia. Wstępnie został oznaczony jako zaganiacz mały. Fajny gatunek, ale nie będę dla niego denerwować rodziców w domu, żeby grzać o tej porze roku na Pomorze, skoro kiedyś może mi się trafi wiosną / latem, kiedy szanse na jego spotkanie są znacznie większe.
Informacja o 18 obserwacji tego gatunku w kraju, a zarazem najpóźniejszej, jeśli patrzeć na porę roku, trafiła na polskie i zagraniczne grupy Facebookowe zajmujące się obserwacjami rzadkości w różnych państwach. No i wcześniejsze oznaczenie tego ptaka przestało być takie oczywiste, gdy eksperci z Francji i Turcji zobaczyli jego zdjęcia i odsłuchali nagrania z nim w roli głównej. Wskazali szereg cech wyglądu tego ptaka, które im niekoniecznie pasowały do "caligaty", jak i wytłumaczyli subtelne różnice w głosie pomiędzy zaganiaczem małym, a tym, czym według nich był nasz tajemniczy ptak. A według nich był zaganiaczem afgańskim. A to oznaczało, że mamy nowy gatunek dla kraju. W dodatku taki, który w ogóle rzadko zalatuje do Europy, bo z Kazachstanu czy Afganistanu mu trochę nie po drodze. Ale kiedy pochrzani mu się kompas i zamiast na południe do Indii ruszy na wschód... no to przytrafi się w Wielkiej Brytanii czy gdzieś indziej. Teraz przytrafił się tutaj.
To chyba jednak muszę podenerwować w domu, skoro okazało się, że to jedynka. Próżne moje starania, więc zaczynam szukać, czy ktoś ze znajomych nie planuje się wybrać. No i znalazłam, wstępnie umawiając się na sobotę. W piątek przez dwie godziny z rana dopinam szczegóły wyjazdu, orientując się czy i gdzie mam podjechać, i jaki jest dokładnie plan wycieczki, czy poza obserwacją tego małego taliba planowane są jakieś inne atrakcje. Już jestem gotowa na nocny przejazd Uberem, kiedy nagle po południu okazuje się, że rodzicom się odmieniło i w sumie to chętnie by się przejechali nad morze. I weź tu ich zrozum...
Ale dziękuję pięknie. Kocham Was. <3
* * *
No to jedziemy. Wyjazd jak zwykle w nocy, docieramy coś koło ósmej rano i na moje nieszczęście jeszcze nikogo na miejscu nie ma. Przecież ja go sama nie znajdę, bo za głupia na to jestem. Idę w miejsce, dokąd prowadzi mnie pinezka i liczę na cudowne objawienie tego talibskiego wynalazku. Obserwuję kosy, bogatki, gdzieś tam w tle jazgoczą czyże, w końcu mam grupę mysikrólików, a jeden z nich nawet daje mi nadzieję na fajne zdjęcie... ale w ostatniej chwili zmienia zdanie i zamiast fajnego zdjęcia mam fajnie poruszonego ptaka. Zaganiacza ani widu, ani słychu. Oczekuję na przyjazd silnej ekipy z Wielkopolski, której częścią miałam być, i połączenie sił. W końcu przyjeżdżają Marian z Maksem, oraz duża i mocno zmotywowana grupa z Warszawy.
Po pewnym czasie po raz pierwszy mogę odetchnąć z ulgą - ptak nadal kręci się w tym samym szpalerze drzew i krzewów, w którym go pierwotnie znaleziono i którego trzymał się w ostatnich dniach. A przynajmniej słyszymy, że jest. Po chwili pomiędzy krzakami faktycznie przemyka nam coś szarego... a potem kolejny raz, i jeszcze jeden. I tak kilka razy, a zdjęcia nie jest w stanie zrobić nikt, bo mały spryciarz jest po prostu za szybki dla nas i dla naszych aparatów. Pokazał się każdej osobie po kilka razy, a najwięcej razy chyba mojemu tacie, który chodził sobie niedaleko, bo nie chciało mu się w aucie siedzieć. Zyskał bardzo szczególną rolę - jako że jego nasz afgański znajomy (na miano przyjaciela jeszcze musi sobie zapracować) upodobał sobie najbardziej - po prostu zaczął nas na niego naprowadzać.
W końcu tak naprowadził Ewę, że tej, jako jedynej z całej grupy, udało się zrobić mu trzy zdjęcia. Ja doszłam chwilę później, jako druga, i już nie zdążyłam. :( Ewa przeszczęśliwa z nawiązania nowej przyjaźni z zaganiaczem (i przy okazji z moim tatą chyba też), reszcie musi wystarczyć to, że go widzieli. Na pamiątkę robimy zdjęcia tym zdjęciom, które zrobiła Ewa, chociaż to nam po nim zostanie. Ładnie widać na nich ptaka i można bez cienia wątpliwości stwierdzić, że to właśnie TEN, którego wszyscy pożądaliśmy. Wrzuciliśmy go (z odpowiednim podpisem i uszanowaniem praw autorskich, oczywiście) na ornitho, wrzucę go więc i tutaj.
Po jakiejś godzinie dojeżdża druga część wielkopolskiej ekipy. Informujemy ich o tym, jak trudny jest to przeciwnik, czym z pewnością ich nie zachęcamy do zmagań. No trudno. Nikt nie mówił, że będzie łatwo i przyjemnie. W skali bycia kochanym, dobrze pozującym się ptaszkiem bliżej mu zdecydowanie do modraczka, a nie białorzytki rdzawej. W przeciwieństwie do sieradzkiego dowcipnisia, ten jednak pokazywał się częściej niż raz na 4 wyjazdy, chociaż łącznie to może i by wyszło jakieś 15 sekund obserwacji, czyli mniej więcej tyle, przez ile obserwowałam tamtego dziwnego wróbla w modrych piórkach.
Zaganiacz daje złudne nadaje, niby wydaje się, że zaczyna lepiej współpracować, bo nawet dostrzegam go gołym okiem na aż trzy sekundy i widzę go w pełnej okazałości, ale nadal jest za szybki dla aparatów. Ale dobrze widziałam jego szarawe piórka, i nawet dostrzegłam brewkę nad jego okiem. Gdy wzięłam aparat do ręki, jego jednak już nie było. Do godziny 12 lepiej już się nie pokazał, a to oznacza, że muszę wracać z tego wyjazdu bez zdjęcia ptaka, dla którego tam pojechałam. Słodko - gorzki posmak wycieczki, ale cieszy mnie to, że chociaż go widziałam w pełni świadomie i mogłam nawet dostrzec jakąś cechę jego wyglądu, a nie tylko widzieć, jak mały szary pieprzony ptaszek przeskakuje z jednego krzaka na drugi i nie być do końca pewną, czy to na pewno ten. A na pamiątkę go sobie po prostu machnę w PhotoFiltre, jak inne ptaki, które widziałam, a których zdjęć nie posiadam. Mogę go więc sobie z czystym sumieniem dopisać do swojej listy życiowej, która pomimo tego wyjazdu uległa skróceniu.
Autorytety z całego świata bowiem w końcu uznały, że cyraneczka karolińska nie będzie już odrębnym gatunkiem, a trzy czeczotki to za dużo jak na ludzkie nerwy i lepiej będzie pozostać przy jednej. Także +1 i -3, więc finalnie wychodzi jednak na minus. x/
Zaganiacz afgański po mojemu. Starałam się zaznaczyć na tym rysunku dwie cechy, na które zwrócili uwagę eksperci z innych krajów - całkowicie jasną dolną żuchwę ptaka, jak i to, że brewka nie sięga mu za oko. Do tego nasz znajomy miał jakby nieco zmierzwione piórka nad tą brewką, to też upamiętniłam pojedynczą kreską.
* * *
Zaganiacz afgański jest gatunkiem, który występuje na terenach Azji Środkowej, jego zimowiska natomiast znajdują się bardziej na południe, na przykład w Indiach. Polska nie jest więc miejscem, w którym powinno się spodziewać go zobaczyć, ale jak wiadomo nie od dziś - ptaki mają skrzydła. I potrafią zaskoczyć.
Czym zaskoczą nas kolejnym razem?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz