środa, 1 stycznia 2025

Mój Mały Wielki Rok

Od kilku lat ptasiarze w całej Polsce biorą udział w Wielkim Roku. To taka zabawa, która trwa cały rok i podczas której Twoim celem jest zaobserwowanie jak największej liczby gatunków ptaków w kraju. Niektórzy dla zrealizowania tego celu obmyślają strategię już na kilka miesięcy przed nastaniem nowego roku, tworzą listy gatunków, które należałoby spotkać w danym miejscu o określonej porze, planują dalsze wyjazdy z dużym wyprzedzeniem, po czym biorą całoroczne urlopy i jeżdżą dzień w dzień, odwiedzając wszystkie znane miejscówki w kraju i czekając na wieści o pojawieniu się jakiegoś rarytasu, dla którego w jedno miejsce w Polsce zjedzie się pół ptasiarskiego kraju. Inni zapisują się do tej zabawy, żeby po prostu się sprawdzić, może zmotywować do tego, by częściej udawać się na obserwacje ptaków, nawet jeśli miałoby to oznaczać codzienne spacery wokół swojego własnego domu. W taki sposób też przecież można odkryć coś ciekawego. 

W tym roku już piąty raz biorę udział w tej zabawie, ale tak bardziej na poważnie potraktowałam ją tylko w pierwszym roku, to jest 2020, kiedy to naprawdę trochę pojeździłam za ptakami, głównie po Wielkopolsce, no i byłam sześć razy nad morzem. Do tego trochę dolnośląskiego i kujawsko - pomorskiego, jakieś pojedyncze wyjazdy w mazowieckie czy łódzkie (a, nie, wróć, modry wróbel to były aż cztery wyjazdy, podczas których udało mi się zaobserwować ptaka przez jakieś 15 sekund). Zdaję sobie sprawę z tego, że nie mam ani możliwości, ani pewnie i cierpliwości, żeby bić się o zwycięstwo, chociaż wykręcenie wyniku 232 gatunków w tamtym roku, przy zakładanym celu, żeby pierwszy raz w życiu osiągnąć 200, to było naprawdę coś. Życiówki wlatywały tu i tam. 

Ale wtedy paliwo było tańsze. 


Od jakiegoś czasu już słyszałam, że powinnam więcej ruszać się z domu. Jako że jednak jestem grubą, leniwą bułą, nie potrafiłam się przemóc i tego zrobić. Mówiłam sobie czasem, że w tym tygodniu chciałabym podjechać do parku, czy gdzieś... ale na myśl o tym, że trzeba się ciepło ubrać, przejść kawałek z buta na autobus lub tramwaj... odechciewało mi się i w większości przypadków ostatecznie wygrywała opcja spanko. Wszystko to przecież strata cennego czasu i jeszcze cenniejszej energii, lepiej poleżeć w ciepłym łóżeczku, pooglądać telewizję, zwyzywać głupią deskę z łóżka za to, że spadła trzeci raz w ciągu tygodnia. Przewrócić się na drugi boczek, ułożyć głowę na wygodnej, mięciutkiej podusi, przymknąć oczka... i obudzić się jakoś o 14. 

No chyba, że mam gdzieś jechać z kimś, wtedy wstać jest jakoś łatwiej. Bo wtedy nie chcesz zawieść znajomej osoby i wiesz, że po prostu musisz. Dominuje ekscytacja, a nie "eee, przecież tam nic nie będzie". Cieszę się na myśl, że będę mogła pogadać z kimś na jedyne tematy, o których potrafię rozmawiać, czyli o ptakach. No dobrze, o sporcie też jestem w stanie trochę powiedzieć. I trochę o celebrytach, jak przypadkiem mignie mi jakieś info w Internecie. O ptakach jednak jestem w stanie gadać godzinami, ptaki zabijają mój introwertyzm. 

Dzięki ptakom bowiem otworzyłam się na nieznane, odkryłam nowe możliwości, podjęłam się w mijającym roku realizacji kilku projektów, z których niektóre wydawały mi się zupełnie szalone. Wszystko to dało mi masę radości i wiem już, że chcę to kontynuować. Swoje pierwsze kroki jako przewodnik... nie, to za duże słowo, jako oprowadzacz małej wycieczki po parku w celu oglądania ptaków, podjęłam już w 2023 roku, jako "pomoc" dla głównego przewodnika. W 2024 roku, w styczniu po raz pierwszy odważyłam się oficjalnie poprowadzić spacer z okazji liczenia ptaków zimujących, połączony z edukacją przybyłych na niego miłośników, no i spodobało mi się to tak bardzo, że w ciągu roku poprowadziłam jeszcze dwa takie mniejsze spacerki - zupełnie luźne spotkania z ludźmi, którzy mają podobne zainteresowania i chcieli miło spędzić czas podglądając ptaki w parku. 🙂 Chociaż na początku bałam się straszliwie, że albo ktoś mnie wyśmieje, że gadam głupoty, albo opieprzy, że się wymądrzam, chociaż bałam się, że ktoś zagnie mnie pytaniem, na które nie będę znała odpowiedzi - nie żałuję ani trochę tego, że zaczęłam te spacery organizować. Poznałam przemiłych, wyrozumiałych ludzi, to naprawdę daje energię do tego, by dalej to robić. W końcu mogłam jakoś bardziej zacząć się realizować w tym, co lubię robić. 

Zawsze myślałam, że nie potrafię liczyć ptaków, dlatego kiedy pierwszy raz zaproponowano mi udział w liczeniu ptaków zimujących w miastach, odpisałam, że ja się do tego nie nadaję... jednak postanowiłam mimo wszystko spróbować. Po kilku dniach byłam tak zmotywowana do podjęcia się tego zadania, że oprócz zwykłego "kwadratu" w okolicach domu, postanowiłam również policzyć ptaki w moim ukochanym parku. Dobra lekcja z organizowania sobie czasu i planu - tak wszystko zaplanować, żeby liczenie trwało godzinę, a nie dwie i pół godziny, lub dla odmiany 20 minut. 🙂 To teraz jeszcze muszę nauczyć się szacowania liczebności, żeby nie musieć się za każdym razem pytać innych "ej, a ile tych gęsi tam właściwie było, bo bym chciała na ornitho wpisać?". 


W tym trwającym już roku zostałam zmotywowana do podjęcia się nowego projektu, który nazwałam sobie Mały Wielki Rok. Mój projekt nie zakłada tego, żeby zaobserwować jak najwięcej gatunków ptaków w ciągu roku (chociaż to oczywiście będzie miły bonus. który pewnie przyjdzie samoistnie), ale żeby spędzić jak najwięcej czasu, jak najwięcej dni, obserwując ptaki. Głównym celem jest dokładniejsze poznanie okolic swojego własnego domu, bo mam wrażenie, że nie znam ich zbyt dobrze, jeżeli chodzi o ptasi potencjał. Podczas liczenia ptaków zimujących w moim "kwadracie", czyli dokładnie wokół domu odkryłam, że mam całkiem fajne gatunki znacznie bliżej, aniżeli mi się wydawało, że mogłabym mieć. Oczywiście, że mysikróliki czy strzyżyki to żaden rarytas w skali ogólnokrajowej, jednakże mi ich obserwowanie zawsze daje wiele radości. Cieszy każdy gil, cieszą kawki z podgatunki soemmerringii oraz mewy siwe. Nigdy bym nie pomyślała, że tych ostatnich mam pod domem aż tyle. Cóż, wkręciłam się w te liczenia i stwierdziłam, że w sumie to chętnie bym je jakoś kontynuowała. W końcu to zawsze godzina mile spędzonego czasu, robiąc to, co lubię, co mnie naprawdę kręci. 

Więc dlaczego mam to robić raz na tydzień czy na dwa, skoro mogę częściej i nie wymaga to ode mnie wiele wysiłku, ani poproszenia kogoś znajomego, żeby zabrał gdzieś ze sobą pasożyta bez prawa jazdy? Ok, miejscem położonym najbliżej mojego domu, które mogę nazwać ptasią miejscówką, jest mój ukochany Park Sołacki, ale i żeby do niego się dostać, muszę przejść te 8 - 10 minut z buta na przystanek autobusowy i przejechać kilka tych przystanków. Żeby dostać się nad słynną, zwłaszcza z powodu pojawiających się tam ciekawszych gatunków mew, Maltę, muszę natomiast przejść z buta minut 15, wsiąść do tramwaju linii numer 6, a nie innego, jak to już mi się raz udało, i tłuc się w nim przez kolejne pół godziny, lub dłużej. Sentymentalna podróż, bo tą że właśnie "szóstką" jeździłam dzień w dzień do liceum i na studia... No i bym zapomniała o jednym, kluczowym utrudnieniu w tym wszystkim.

Czyli o tym, że panicznie boję się psów. Bez różnicy jaka rasa, każdego staram się omijać szerokim łukiem i żadne argumenty o tym, że Fafik nie gryzie nie są w stanie mnie przekonać do tego, by jakoś się do nich zbliżyć. Boję się ich od zawsze, a i z przeszłości mam kilka nieciekawych wspomnień. Biorąc pod uwagę moją fobię, wolę się sama nie zapuszczać w jakieś dziksze tereny, typu lasy czy jeziora. Już wystarczy mi to, że mam ich potąd w parku. A i w lesie jeszcze są kleszcze... nie, podziękuję za tych małych pasażerów. Zostaje mi więc jeżdżenie co jakiś czas we wcześniej wymienione miejscówki, no albo spacery pod domem. Nie chcę kasować nie wiadomo ile hajsu z karty, przynajmniej dopóki nie zacznę sama zarabiać na tyle, by móc sobie pozwolić na takie czy inne zachcianki. 


W ostatnich dniach listopada nagle coś przestawiło mi się w głowie i stwierdziłam, że podejmuję się tego wyzwania. A może raczej to Wojtek Guzik mi coś w tej durnej głowie poprzestawiał. Przez kilka dni rozmawialiśmy na temat, który mocno nas kręci - czyli o możliwościach zaobserwowania potencjalnych "jedynek" dla naszego kraju. Wojtek podesłał mi listę nieco ponad 100 gatunków, którą stworzył, były to głównie gatunki, których szanse na zasilenie listy naszej ornitofauny, uważał za największe. Zaproponował mi, żebym i ja oceniła, jak bardzo prawdopodobne jest zaobserwowanie w Polsce tych właśnie gatunków. Oczywiście, ochoczo się zgodziłam, w końcu sama sobie kiedyś podobną listę tworzyłam... tylko że moja miała ponad 300 gatunków, nawet takich najbardziej "odjechanych" jak fregaty. 😂 Albo jakaś dziwna jaskółka ze środka Afryki, która doleciała nagle do Danii. Dochodzę do wniosku, że skoro ptak już raz się kiedyś gdzieś ruszył, to zawsze może ruszyć się i drugi raz. Skoro doleciały do nas niektóre gatunki, które wcześniej dolatywały do innych państw w Europie, to mogą zalecieć i kolejne. A skoro lasówka doleciała do Rumunii, to do nas też jak najbardziej może, bo miałaby bliżej. A skoro płatkonóg trójbarwny doleciał ostatnio do Serbii czy Izraela, to u nas powinien być już parę lat temu. 

Nie lubię robić niczego byle jak, więc i tutaj nie mogłam tak po prostu wpisać cyferki od 1 do 5. Zamiast tego spędziłam dwa dni na przeglądaniu eBirda, Avibase, BirdGuides, grupy Global Rare Bird Alert na Facebooku, jak i na tym samym "Fejsie" fanpejdży informujących o pojawach rzadkości w różnych państwach Europy. Stworzyłam pokaźną rozpiskę tego, jaki ptak był widziany w jakim państwie i na podstawie tego byłam w stanie bardziej rzetelnie, a nie tylko życzeniowo, ocenić, jak realne jest to, że słowiczek rubinowy czy biegus alaskański pojawią się kiedyś w Polsce. Okazało się, że większość przypuszczeń moich i Wojtka, było ze sobą dosyć zbieżnych. Dwa czy trzy dni później stworzyłam ankietę, którą rozesłaliśmy znajomym ptasiarzom. Część typów była dość zaskakująca, ale ostatecznie wyniki potwierdziły to, co mogłoby się wydawać - wierzbówka, chwastówka, uhla pstrodzioba, jaskółka skalna czy mewa kanadyjska to gatunki, których wyczekujemy najbardziej. Sama oczywiście sobie też stworzyłam wersję deluxe tej rozpiski, z ponad 400 gatunkami, w końcu jak szaleć, to szaleć. 

Ale co to ma wspólnego z moim Małym Wielkim Rokiem? Ano to, że Wojtek będąc pod wrażeniem mojej roboty z tą rozpiską napisał do mnie słowa, które naprawdę dały mi wielkiego motywacyjnego kopa w tyłek. Że uważa, że mam naprawdę duże szanse na znalezienie czegoś fajnego, bo ogarnianie tego, co może się trafić, to chyba najważniejsza rzecz przy wyszukiwaniu rarytów. Nie ukrywam, byłoby miło, gdybym mogła w końcu pochwalić się swoim własnym odkryciem, a nie tylko czytać, że jeżdżę na twitche, zanieczyszczam środowisko spalinami i kiedy wykryję coś sama. Wojtek jednak zaznaczył, że drugą, nie mniej ważną rzeczą jest poświęcenie czasu na obserwacje. Tego mi brakowało. Biorąc pod uwagę to, że miejsce, zdaniem Wojtka, nie jest aż tak ważne, wprost mnie zachęcił nawet do wycieczek wokół domu... zachęcił, jak widać, skutecznie. 

Może żadnej rzadkości nie odkryję, ale chociaż miło spędzę czas. I schudnę. 

No i było miło po prostu przeczytać, jak ktoś Cię docenia, zwłaszcza jeśli ma się mocno zaniżoną samoocenę i nie ma się pewności siebie. Rzadko słyszę jakiekolwiek pochwały... 

Trzymajcie kciuki. 😉



Pamiątka po zeszłorocznym liczeniu. W tym roku czeka mnie takich naprawdę wiele, nie tylko zimą. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz